Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzienniki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzienniki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 września 2010

dziennik emigranta -zapiski z Anglii


ponieważ mam od jakiegoś czasu problemy z moim starym blogiem na onecie postanowiłem skopiować chociaż cześć wpisów. Szczególnie zaś moje Zapiski z Anglii -czyli dziennik emigranta. Jest to opowieść o losach co najmniej kilku osób. Zapiski z Anglii
Część pierwszą opublikowałem na Ithinku inne natomiast nie -a są to między innymi Muzyka za kratami, Spotkanie z czarnym człowiekiem, Rasizm, Na plaży, Anglia tonie, Zakupy w kolorze żółtym... Całość czytaj tu

wtorek, 3 sierpnia 2010

wspomnienia













*Niestety, moje najciekawsze opowiadanie zniknęło w przepastnej przestrzeni komputera, i postaram się je pokrótce streścić.


WSPOMNIENIA, -streszczenie
Młoda dziewczyna przyjeżdża ze wsi do dużego miasta, Krakowa, w poszukiwaniu nadziei na lepsze życie. Jednak spotykają ją same rozczarowania. Ma problemy ze znalezieniem dobrze płatnej pracy. Nie znajduje także przyjaciół, ani tak upragnionego mężczyzny. Ona też, nie interesuje nikogo, -chyba że ktoś chce ją wykorzystać, albo na niej zarobić.
Na wskutek różnych okoliczności życiowych, chociaż nie tragedii, -zaczyna pracować jako prostytutka.
Opowiada o swojej pracy i dwulicowości jej klijentów, na co dzień udających przyzwoitych ludzi, a gdy nie są widziani przez nikogo bliskiego, obnażają się pokazując swój prawdziwy charakter i naturę.
Snuje także refleksję na temat ludzkich kamuflaży i masek jakie przybierają na swojej wygodnej drodze przetrwania.

Wkrótce poznaje mężczyznę, [rzecz ma miejsce na ulicy świętej Katarzyny], jeszcze większego nieudacznika niż ona. Mężczyzna ten, którego imienia nie zdradza w czasie opowiadania , oskarżony o nielegalny przemyt samolotem towarów zakazanych przez prawo, [ broni albo narkotyków] spędza kilka miesięcy w więzieniu w Kolumbii. Powraca do Polski, i najpierw jedzie do Łodzi, by po zaledwie paru dniach przenieść się w poszukiwaniu nadziei i szczęścia, do Krakowa. W Krakowie zamieszkuje w sympatycznym i nie drogim hostelu “Honey”, na ulicy Miodowej. Włóczy sie całymi dniami po mieście, a najbardziej po nieodległym Kaziku, w poszukiwaniu pracy, choć może także i przede wszystkim w poszukiwaniu miłości. Po tygodniu lub dwóch gdy pieniądze w jego portfelu zaczynają niebezpiecznie topnieć, a portfel; chudnąć, -wynajmuje pokój gdzieś pomiędzy Wolą Duchacką a Kurdwanowem, -w całkiem miłej i spokojnej okolicy. Pieniądze jednak cały czas topnieją, i jest ich coraz mniej. Wkrótce zaczyna mu brakować na chleb, a potem przestaje w ogóle jeść i wychodzić z domu. Jakby tego było mało, ma problemy z żołądkiem, a biegunka trwająca przez cztery dni, bardzo go osłabia, żeby nie powiedzieć wykańcza . W tym stanie, pojawia się depresja i mocne rozchwianie emocjonalne.

Przybity i przygnieciony traci nadzieje, czekając jedynie na pieniądze od matki. Minuty czekania zamieniają się w lata, a godziny w całą wieczność. Czuje że powoli zaczyna umierać.
W takim stanie odnajduje go Agnes, bo tak ma na imię główna bohaterka opowiadania. Pomaga mu, wspierając jak tylko może, a między nimi zawiązuje się przyjaźń. Jednak gdy odnajduje kartkę z numerem telefonu do niego, on już zaczyna się podnosić, stracił nadzieje, złudzenia i wątpliwości, ale powoli odzyskuje siły, -a pieniądze przysłane od matki, pozwalają mu na zakup gazety z ogłoszeniami o pracy, i doładowanie telefonu, dzięki czemu może dzwonić do innych ludzi. Po śmierci duchowej i prawie że fizycznej, następuje zmartwychwstanie, i przemiana.

A bohater odnajduje w sobie, mając odwagę to głośno wyrzucić, - Jezusjańską koncepcję człowieka.
W opowiadaniu, narracją dzielą się na przemian: Agnes, czyli główna bohaterka, -jednakże opowiadająca najwięcej o nim, Marika, koleżanka, pracująca niedaleko miejsca, w którym oboje spotkali się, i Lili, przyjaciółka z pracy Agnes.
Drugi bohater, nie wymieniony z imienia, oraz “tajemniczy” Znajomy, - parający się pisaniem, a więc autor, czyli ja.
Każde z nich, inaczej go widzi, i inaczej widzi chwile ich spotkania.
Opowiadanie kończy sie zdaniem: “Połączyła ich przyjażń”.



[zakończenie]
Ale obudził sie w dosyć dobrym stanie, na początku leżał zamieniając swoje odczucia i niepokoje w marzenia, potem wstał, ubrał sie i umył. Gdy po śniadaniu wypijał filiżankę kawy myślał o swoich intuicjach z wczorajszego dnia.

Człowiek Jezusjański,
-czyli człowiek jako taki.

Człowiek Jezusjański*, czyli człowiek jako taki, jakim jest, wartościowy w samym sobie, bez względu na to co sobą prezentuje. Jaką ma pracę, co robi, albo czego nie robi, jest całkowity i kompletny. Większość ludzi pyta mnie, i jest to mantra numer gdzie pracuje, następnie jakie mam osiągnięcia, jakbym będąc po prostu człowiekiem nie liczył się. Bo musze mieć i musze coś znaczyć, czyli być kimś. Nie twierdzę że Jezus był bierny, bo gdy należało aktywnie działać robił to. Chodzi mi po prostu o to że człowiek jest już kimś ważnym i istotnym w swoim człowieczeństwie.

Myślał także sporo o mistyce, mianowicie o Odynie wiszącym na drzewie przez siedem według jednej tradycji, a przez dziewięć według drugiej, i o panu Jezusie wiszącym na krzyżu przez trzy dni.
I nawet nie próbował ukrywać, że pociągało go to bardzo

Znalazłam przez przypadek podczas prania kartkę z numerem telefonu do niego i zadzwoniłam. Odpowiedział mi słaby i zachrypnięty głos, ledwo żywego człowieka. Pojechałam tam od razu do niego, a po drodze kupiłam czekoladę, jakieś ciastka i pomarańcze. Kiedy tylko weszłam zaczęliśmy oboje płakać, to wspólnie, to na zmianę. W końcu przez łzy zapytałam go : człowieku jak mogłeś do tego doprowadzić? Jak mogłeś do tego dopuścić, ty nie szanujesz w ogóle siebie. On tylko uśmiechał sie do mnie przepraszająco, za to że sprawił mi przykrość swoim wyglądem i zachowaniem, bo przecież tego nie chciał.

Potem długo siedziałam na jego łóżku, i patrzyliśmy sobie w oczy, a ja trzymałam go za rękę. Po jakimś czasie wstałam, i zrobiłam mu kawę, i bułkę z masłem, [a jedno i drugie przyniosłam ze sobą].
Przychodziłam tak codziennie do niego przez tydzień, a potem zaczęliśmy wychodzić wspólnie na spacery do pobliskiego parku trzymając się za ręce, a właściwie to ja go trzymałam za ręce aby dodać mu odwagi i sił.
Pewnego dnia jak ptak z wyleczonym skrzydłem, albo dzikie zwierze któremu zrosła się chora noga, a przy okazji i dusza, wstał sam z gazetą trzymana w jednej ręce i poszedł w stronę miasta. Gdy wieczorem wrócił, a nie mogłam wytrzymać, i wypaliłam czekając całą paczkę papierosów, otworzyły sie drzwi i zobaczyłam w nich jego lekko zgarbioną sylwetkę. Znalazłem pracę, -powiedział. Przychodziłam do niego tak często jak mogłam, choć nie tak często jak wcześniej, i stawaliśmy się coraz bliżsi opowiadając sobie swoje sekrety i ukrywane przed wszystkimi historie i tajemnice, śmiejąc się z nich i z samych siebie przy okazji, bo obnażone tajemnice oczywiście przed odpowiednimi, godnymi tego ludżmi, przestają być tajemnicami i przestają w ten sposób obciążać nas.

Wiedziałam i czułam jedno, i że to prędzej się stanie, i stało się.
Połączyła nas przyjaźń.



*potem jeszcze zrozumiał całkiem coś innego. Zrozumiał że tak naprawdę człowiek sam w sobie i sam dla siebie jest nikim i nie istnieje. Okazując się jakby całkowicie pusty, niby wydrążona kłoda drewna, albo forma jedynie, -jak dla przykładu szklanka albo pojemnik formy zawierający w sobie i noszący możliwość. A staje sie kimś, człowiekiem mianowicie dopiero wtedy gdy działa na rzecz innych, szczególnie zaś swoich najbliższych których kocha, choć nie tylko. Pusty w sobie, a nawet bez formy, jakby nie istniejący obłok chmur, i także w jakiś sposób podobny do lustra, człowiek Nikt, lub człowiek Nic, zaczynający żyć niby małe dziecko chwilę po urodzeniu. Nie istniejące nic, albo nieistniejący Nikt który chodzi i porusza się a także mówi, i śmieje się albo nawet płacze. Czyli co? [kto]

środa, 28 lipca 2010

Muzyka za kratami


króciutka nowelka nigdzie dotychczas nie publikowana


Przynajmniej dwa razy dziennie idąc do miasta na skróty ulicą London Road, albo wracając do domu, mijam tego faceta, a jego sklep co najmniej ze cztery razy. Zaraz gdy tylko przejdę przez położony nad torami ładny zielony mostek i zejdę schodkami w dół. Potem jeszcze przechodzę na drugą stronę ulicy i przez chwilę idę London Road, ale to dosłownie przez moment. Góra sto metrów,nie więcej. Pomalowany na ciemno zielono sklep mógłby być atrakcją tego miasta,ponieważ wyróżnia się z ogólnego tła, i pasuje raczej do amerykańskiego getta, lub Łodzi albo Wrocławia sprzed trzydziestu lat. Właściciel sklepu od razu też zwrócił moją uwagę. Jest sfrustrowany, nie zadowolony z życia i jakby w wyglądzie niechlujny. Ma rzadką brodę w kolorze jasnego brązu, która raczej przynajmniej z daleka wygląda na nie ogoloną, i minę obrażonego na cały świat człowieka. W swoim zakratowanym sklepie, który uszedł by w Chicago ale nie tu na południowym wybrzeżu, sprzedaje stare kasety, czarne winylowe płyty i mocno zdezelowane przez czas plakaty. Bardziej pomieszczenie przypomina muzeum niż sklep muzyczny.Ma tu prawie wszystko. Od Presleya, przez Santanę do Vangelisa. Proszę zwrócić uwagę, napisałem jakby, nie napisałem że jest niechlujny. Siedzi na swojej warcie na składanym krzesełku przed sklepem z nogą założoną na nogę, patrzy urażony przed siebie albo przegląda poranną gazetę, a ja zastanawiam się po co to robi. Bo nikt do sklepu nie przychodzi. Jest chyba weteranem epoki rokendrola i rocka, i prędzej umrze niż zejdzie z posterunku. Dobrze, po chwili zastanowienia się zmieniam zdanie i myślę, że przecież muzyka rockowa jest częścią przynoszącego ogromne dochody,komercyjnego rynku, a nie żadnym rewolucyjnym podziemiem. Nie zauważył tego biedak, pomylił epoki i czasy. Czy jak? Nie zauważył że rewolucja już dawno dokonała się a następnie przeszła w fazę komercji, a po niej było jeszcze kilka innych. Typowy błąd poznawczy i rodzaj stuporu trwający dwadzieścia lat lub więcej? Szukam jednak innych przyczyn, bo to by było zbyt proste. Ludzie wymieniają się plikami muzycznymi przez internet i tam też mogą sobie posłuchać tego co ich interesuje, a nawet obejrzeć Poza tym jest też dvd i płyty kompaktowe. Jedno i drugie wypchnęło go z rynku i sprawiło że nie ma zapotrzebowania na jego towary. Dobrze, ale może tak naprawdę obserwuje policjantów pracujących zaraz po drugiej stronie ulicy? Lub jest na rencie, i sklep to sposób na zajęcie czymś dnia i ucieczka przed nudą? Może chce mi coś przekazać poprzez swoje siedzenie. Że na przykład ja jestem zbyt sztywny w swoich poglądach i zapatrywaniu na życie, i powinienem stać się bardziej elastyczny?
Pewnego popołudnia w piątek tuż przed meczem Anglia: Algieria przyszło olśnienie i nagle zrozumiałem. On swoją muzykę zamknął za kratami. On ją po prostu uwięził, a razem z nią także swoją duszę i siebie samego. Ale to drugie to już jego problem. Podziw po miesiącu przechodzi powoli w dystans.

art-jop