Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraków. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 sierpnia 2010

poemat pogański Światło



jeden z moich wierszy jakie udostępniłem do czytania w internecie
ale za to długi poemat pogański Światło

i w formie bardziej teatralnej Dramaty Poemat pogański czyli kwiat paproci

dlaczego o tym piszę? Odpowiedź jest bardzo prosta. Po prostu kilka dni temu natrafiłem w necie na jedną z moich straszych stron na dodatek z moimi wierszami jedna z moich starszych stron z wierszami

wtorek, 3 sierpnia 2010

Dzień z życia stewarda






kolejne opowiadanie które przytaczam bardziej ze względów dokumentacyjnych

Stewart, zaczął wykonywać swoją pracę dopiero kilka miesięcy temu, a już wydawało mu się jakby tam był tam od lat. Dotarł się bardzo szybko i wszedł w skład swojej firmy praktycznie bezkolizyjnie, koledzy i przełożeni nie sprawiali mu większych problemów, a nawet okazali się sympatycznymi ludźmi, byli do niego przyjaźnie nastawieni
Podobnie było z miastem, do którego się przeniósł kiedy znalazł pracę. Mieszkanie wynajął bardzo szybko, w cichej i spokojnej okolicy. Małe ale przytulne i przyjemne
Czy jego imię Stewart, pomogło mu znaleźć i dostać pracę w lotnictwie i latać praktycznie po całym świecie, a przynajmniej europie, -tego nie wiedział . Lubił latać i podnosić się do góry, i wtedy czuł że

że przywiązanie do ciała całkowicie znika a on staje się wolny.

Różne zresztą były motywy pracy wśród kolegów i zespołu. Jeden z nich podjął pracę wyłącznie dla pieniędzy, drugi ze względu na paniczny strach przed śmiercią a szczególnie przestrzenią, i aby ten strach pokonać poszedł właśnie pracować do lotnictwa. Kiedy latał i odrywał się od ziemi czuł że pokonuje w sobie ten strach przed śmiercią i wypadkiem gdzieś w przestrzeni nieba. Po chwilach paniki pojawiała się ekstatyczna radość. Wyzwolenie. I zwycięstwo nad swoimi emocjami i ograniczeniami.

Jak wyglądało jego życie. Czy był szczęśliwy , -zapytacie?

Czy jego przywiązanie do kraju i naszej tradycji zmalało, a może wręcz przeciwnie stał sie większym patriotą. Albo zupełnie go nie obchodziły te rzeczy. Lubił latać, codziennie być w innym mieście, i słuchać ludzi mówiących językami jakich często nie rozumiał. Najbardziej zaś w chwilach zmęczenia, szedł jeszcze prawie śniący i wtedy jakby w krainie snu dobiegały do niego dziwne i niezrozumiałe głosy, i ludzie całkiem odmiennie ubrani, niż ci których spotykał zazwyczaj.
Nie do końca. On chciał latać w międzygwiezdnych lotach na inne planety. Oglądać księżycowe krajobrazy. Płynąć niby płód w łożysku otoczony błękitnymi wodami bezkresu galaktyki.
Na planowane spotkanie ze znajomymi jednak nie dotarł. Po prostu padł zmęczony na łóżko, i spał do późnego wieczora. Kiedy się obudził pomyślał że jest już za późno.
Już wkrótce zaczął nudzić się w pracy, i nic w tym dziwnego bo opanował wszystkie jej tajniki i tajemnice po kilku tygodniach. Wymyślał więc siedząc na pokładzie samolotu, po przeczytaniu wszystkich możliwych gazet jakie znalazł pod ręką, i rozwiązaniu przynajmniej jednej krzyżówki różne zabawne historyjki, -które nawet próbował niekiedy zapisywać. Ale zwykle gdy zmęczony po pracy wracał do domu, nie miał sił, i znikały w przepastnej przestrzeni [jego] umysłu.



Wszystko się zmieniło gdy w pewien majowy dzień jadąc autobusem do pracy, czyli w kierunku lotniska, przeczytał w jednym starych numerów “Wiedzy i Życie” wzmiankę o japońskim naukowcu z uniwersytetu w Osace który użył jako pilota ludzkie oko. Okazało się że można sterować sprzętem elektronicznym za pomocą ludzkiego oka. Zwykłym mruganiem oczu włączać odtwarzacz dwd, oraz wyłączać go, przesuwać do przodu film, albo zatrzymywać.
Postanowił wypróbować i sprawdzić czy można zastosować ten wynalazek w relacjach międzyludzkich. Siedząc usiłował wpływać na aparaturę samolotu za pomocą oczu i ruchów wykonywanych nimi. Co najdziwniejsze zauważył że taki wpływ istnieje. Kiedy na przykład skupiał się mocniej i zaciskał oczy samolot zaczynał przyśpieszać. Innym razem gdy znowu zaciskał mocniej prawą powiekę, wtedy samolot zaczynał pochylać się na prawo. Raz nawet o czym nikt nie wie uratował lecący samolot, przed katastrofą. Ludzie niczego nie świadomi kłócili się miedzy sobą o to kto ile miejsca zajmuje, i kto komu przeszkadza, dlaczego żona tak patrzy na młodszego od siebie sąsiada, i uśmiecha się do niego, i dlaczego mąż zamiast zajmować się żoną lub małymi dziećmi woli czytać gazetę, lub spać, albo za darmo pić alkohol.

Próbował także za pomocą swojego ukrytego w oczach pilota oddziaływać na ludzi. Kiedy tylko zobaczył że jeden z pasażerów jest zmęczony próbował go “doładować”, lub na przykład jeśli jakiś człowiek odczuwał niepokój lub lęk uspokajał go za pomocą swojego pilota.
Przez częste używanie pilota rozwijał siłę swojego umysłu, a praca w której kiedyś się tak okropnie nudził zyskiwała nowy sens, -nie napisze że w jego oczach.

dziewczyna o tęczowym ciele






Każdy zna kobietę o perłowych włosach, no może nie każdy. Na pewno każdy Polak który przekroczył przynajmniej trzydziestkę i słyszał piosenkę węgierskiego zespołu “Omega” o tym właśnie tytule.
Ale nikt prawie nie znał dziewczyny o tęczowym ciele, aż do czasu kiedy napisałem o niej swoje opowiadanie. Przyszła do mnie tak po prostu, i poprosiła abym napisał parę słów o jej życiu i historii, zanim przejdzie, jak to się wyraziła do innej przestrzeni, czy też nadprzestrzeni, [czego niestety dokładnie niestety nie zapamiętałem]. Nie powiem wam jak miała na imię, ani jak się naprawdę nazywała, bo nie oto w tej historii chodzi. Usiadła na krześle i pijąc powoli herbatę, zaczęła swoją opowieść.

Przyjechała do Krakowa z głową pełną nadziei, i właściwie miała już ułożone dokładnie całe swoje przyszłe życie. Wiedziała jak będzie wyglądał jej przyszły dom, i jakie będą w nim meble. Znała wszystkie kolory ścian, i imię dla swojego psa. Pokój sypialny będzie pomalowany cały na zielono rozmawiała w myślach z nieistniejącą przyjaciółką, a w samym środku będzie stało wielkie, kute w żelazie, małżeńskie łożę. Poduszki podobnie zresztą jak i zasłony na oknie, koloru niebieskiego , -mówiła do nieistniejącej przyjaciółki dalej, popijając nieistniejącą kawę albo sok, i będą, kontynuowała, koniecznie w żółte gwiazdki na niebieskim tle. Oczywiście poszwa, poszewka i prześcieradło, jasnoniebieskie, a zasłony ciemniejsze, prawie że granatowe. Już widziała jak dyskutują i prawie kłócą się z nieistniejącym mężem a może jeszcze jej chłopakiem, on pewno będzie chciał żeby kolory pościeli zostały powiązane z porami roku, ognisto czerwone latem, a żółte jesienią, o nie mówiła, nigdy się na to nie zgodzę, tylko niebieskie w gwiazdy, ewentualnie jeszcze księżyc. W pokoju dziecinnym, a jak Bóg da, w pokojach, ściany zostaną pomalowane w przeróżne wzorki, pełne zabawek na drewnianych półkach, i abażurem w kształcie latawca, poruszającym się pod sufitem. Jej mąż zapewne chciałby mieszkać na wsi, i zbudować dom z grubych drewnianych bali w środku, a na zewnątrz murowany, z ogromnymi kamiennymi głazami w rogach pokoju, i oczywiście bardzo dużo metalu, wszędzie gdzie się da, dużo żelaza, kutego, i miedzi oraz mosiądzu. Przed domem całe aleje wysadzone magnoliami, akacjami i lipami, a na klombach róże i rodendrony, ale ona chciała mieszkać w mieście najlepiej w okolicach rynku lub na Kazimierzu albo na starym Podgórzu. Wiedziała też co będzie robił jej mąż, a nawet znała jego imię.

Ale życie potoczyło się zupełnie inaczej. Wszystko to co posiadała i co mogła zaoferować innym, oni już mieli, albo mogli skorzystać z profesjonalnych firm oferujących tego typu usługi. Była im więc zupełnie niepotrzebna, a po kilku miesiącach pobytu w Krakowie, nie poznała właściwie żadnej koleżanki, z którą mogłoby ją łączyć coś bliskiego. Nie poznała też żadnego ciekawego mężczyzny, widać jako dziewczyna ze wsi, nie posiadająca odpowiedniego statusu, w stopniu choćby minimalnym, nie była interesującym obiektem dla płci przeciwnej. Same spotkania z ludźmi z firmy były standardowe i miłe, ale grzeczność i sympatia z daleka śmierdziały sztucznością. Dobrze płatna praca. to rzecz o której tylko słyszała, a żaden z zadowolonych ludzi, z którymi rozmawiała, nie chciał jej powiedzieć ile zarabia. Ona znalazła prace w supermarkecie, przy kasie, a wcześniej sprzątała hotele zatrudniona w firmie sprzątającej. Pies, kot? Wolne żarty. Filmiki jakie wysłała na yutube, nie zrobiły raczej furory, a jej opowiadania w blogu cieszyły się dosyć umiarkowanym zainteresowaniem.

W małym pokoju, wynajmowanym prawie na przedmieściach, kto o tym w ogóle mógłby pomyśleć. Umierały więc marzenia i nadzieje każdego dnia, a ona ze zdziwienia otwierała oczy coraz szerzej. W końcu doszła do wniosku, że nic tu po niej, i nie ma tu czego szukać. Ona i miasto zgadzali się ze sobą przynajmniej pod jednym względem, -nie przypadli sobie do gustu, i nie pokochali się.
Wkrótce przestała pisać, i zapomniała o swoich filmach na yutubie, a zaraz potem i o recytacji poezji. Czy wyobrażacie sobie człowieka wracającego wieczorem po ciężkim dniu, który ma ochotę i siły na pisanie poezji, albo recytację wierszy? -bo ja nie. Nie chcę też wspominać o nie zbyt miłych incydentach, kiedy na koleżeńskich spotkaniach firmowych zostawała wyśmiewana lub
w lepszych przypadkach ignorowana, kiedy opowiadała o swoich wierszach, a z osób proszących o adresy jej blogu, nikt tam nie zajrzał [twarze znajomych mówiły: ty piszesz wiersze? Ty!!!].


Skupiła się na medytacji, ale żeby nie robić sztucznego zainteresowania i kryptoreklamy nie napisze z jakiej szkoły i tradycji pochodziły. Na początku było trudno i miała problemy ze skupieniem umysłu, ale potem wszystko ruszyło z miejsca jak lawina kamieni, i trwało aż do czasu, gdy pewnego dnia, a raczej pewnej nocy zobaczyła w lustrze zamiast twarzy postać zbudowaną ze światła. Najpierw przestraszyła się, bo pomyślała że zobaczyła ducha, ale gdy już była w pokoju i siedziała na swoim łóżku, zrozumiała że to była jej twarz. Coraz częściej zaczęła obserwować u siebie te najpierw nieświadome przemiany, a potem zaczęła kontrolować ten stan, to znaczy że potrafiła kiedy tylko chciała, zamieniać się w tęczowe światło, a nawet znikać i stać niewidzialną dla świata. Spacerowała wtedy niewidzialna po ulicach miasta nocą, co sprawiało jej wielką radość, ona widziała ludzi a oni jej nie. Miała nad nimi przewagę. Znikł też wstyd o swój taki podobno nieatrakcyjny wygląd.

Jak myślała o swoim przeszłym życiu, wtedy ze śmiechem do siebie mówiła: nic nie było, nic się nie stało, wszystko minęło, jak lustro wody zamieniło się w tafle.
Przez jakiś czas jeszcze spotykała się z ludźmi, i pojawiała gdzie nie gdzie, choć nie wiadomo ile to trwało czasu.
Potem znikła, i nikt jej już więcej nie widział, -myśleli pewnie że wróciła do siebie na wieś. A może wróciła?
spora częśc prezentowanych przeze mnie opowiadań weszła w skład TAKIMI RZECZY SĄ http://i1713.blogspot.com/p/powiesci-jakimi-rzeczy-sa.html

wspomnienia













*Niestety, moje najciekawsze opowiadanie zniknęło w przepastnej przestrzeni komputera, i postaram się je pokrótce streścić.


WSPOMNIENIA, -streszczenie
Młoda dziewczyna przyjeżdża ze wsi do dużego miasta, Krakowa, w poszukiwaniu nadziei na lepsze życie. Jednak spotykają ją same rozczarowania. Ma problemy ze znalezieniem dobrze płatnej pracy. Nie znajduje także przyjaciół, ani tak upragnionego mężczyzny. Ona też, nie interesuje nikogo, -chyba że ktoś chce ją wykorzystać, albo na niej zarobić.
Na wskutek różnych okoliczności życiowych, chociaż nie tragedii, -zaczyna pracować jako prostytutka.
Opowiada o swojej pracy i dwulicowości jej klijentów, na co dzień udających przyzwoitych ludzi, a gdy nie są widziani przez nikogo bliskiego, obnażają się pokazując swój prawdziwy charakter i naturę.
Snuje także refleksję na temat ludzkich kamuflaży i masek jakie przybierają na swojej wygodnej drodze przetrwania.

Wkrótce poznaje mężczyznę, [rzecz ma miejsce na ulicy świętej Katarzyny], jeszcze większego nieudacznika niż ona. Mężczyzna ten, którego imienia nie zdradza w czasie opowiadania , oskarżony o nielegalny przemyt samolotem towarów zakazanych przez prawo, [ broni albo narkotyków] spędza kilka miesięcy w więzieniu w Kolumbii. Powraca do Polski, i najpierw jedzie do Łodzi, by po zaledwie paru dniach przenieść się w poszukiwaniu nadziei i szczęścia, do Krakowa. W Krakowie zamieszkuje w sympatycznym i nie drogim hostelu “Honey”, na ulicy Miodowej. Włóczy sie całymi dniami po mieście, a najbardziej po nieodległym Kaziku, w poszukiwaniu pracy, choć może także i przede wszystkim w poszukiwaniu miłości. Po tygodniu lub dwóch gdy pieniądze w jego portfelu zaczynają niebezpiecznie topnieć, a portfel; chudnąć, -wynajmuje pokój gdzieś pomiędzy Wolą Duchacką a Kurdwanowem, -w całkiem miłej i spokojnej okolicy. Pieniądze jednak cały czas topnieją, i jest ich coraz mniej. Wkrótce zaczyna mu brakować na chleb, a potem przestaje w ogóle jeść i wychodzić z domu. Jakby tego było mało, ma problemy z żołądkiem, a biegunka trwająca przez cztery dni, bardzo go osłabia, żeby nie powiedzieć wykańcza . W tym stanie, pojawia się depresja i mocne rozchwianie emocjonalne.

Przybity i przygnieciony traci nadzieje, czekając jedynie na pieniądze od matki. Minuty czekania zamieniają się w lata, a godziny w całą wieczność. Czuje że powoli zaczyna umierać.
W takim stanie odnajduje go Agnes, bo tak ma na imię główna bohaterka opowiadania. Pomaga mu, wspierając jak tylko może, a między nimi zawiązuje się przyjaźń. Jednak gdy odnajduje kartkę z numerem telefonu do niego, on już zaczyna się podnosić, stracił nadzieje, złudzenia i wątpliwości, ale powoli odzyskuje siły, -a pieniądze przysłane od matki, pozwalają mu na zakup gazety z ogłoszeniami o pracy, i doładowanie telefonu, dzięki czemu może dzwonić do innych ludzi. Po śmierci duchowej i prawie że fizycznej, następuje zmartwychwstanie, i przemiana.

A bohater odnajduje w sobie, mając odwagę to głośno wyrzucić, - Jezusjańską koncepcję człowieka.
W opowiadaniu, narracją dzielą się na przemian: Agnes, czyli główna bohaterka, -jednakże opowiadająca najwięcej o nim, Marika, koleżanka, pracująca niedaleko miejsca, w którym oboje spotkali się, i Lili, przyjaciółka z pracy Agnes.
Drugi bohater, nie wymieniony z imienia, oraz “tajemniczy” Znajomy, - parający się pisaniem, a więc autor, czyli ja.
Każde z nich, inaczej go widzi, i inaczej widzi chwile ich spotkania.
Opowiadanie kończy sie zdaniem: “Połączyła ich przyjażń”.



[zakończenie]
Ale obudził sie w dosyć dobrym stanie, na początku leżał zamieniając swoje odczucia i niepokoje w marzenia, potem wstał, ubrał sie i umył. Gdy po śniadaniu wypijał filiżankę kawy myślał o swoich intuicjach z wczorajszego dnia.

Człowiek Jezusjański,
-czyli człowiek jako taki.

Człowiek Jezusjański*, czyli człowiek jako taki, jakim jest, wartościowy w samym sobie, bez względu na to co sobą prezentuje. Jaką ma pracę, co robi, albo czego nie robi, jest całkowity i kompletny. Większość ludzi pyta mnie, i jest to mantra numer gdzie pracuje, następnie jakie mam osiągnięcia, jakbym będąc po prostu człowiekiem nie liczył się. Bo musze mieć i musze coś znaczyć, czyli być kimś. Nie twierdzę że Jezus był bierny, bo gdy należało aktywnie działać robił to. Chodzi mi po prostu o to że człowiek jest już kimś ważnym i istotnym w swoim człowieczeństwie.

Myślał także sporo o mistyce, mianowicie o Odynie wiszącym na drzewie przez siedem według jednej tradycji, a przez dziewięć według drugiej, i o panu Jezusie wiszącym na krzyżu przez trzy dni.
I nawet nie próbował ukrywać, że pociągało go to bardzo

Znalazłam przez przypadek podczas prania kartkę z numerem telefonu do niego i zadzwoniłam. Odpowiedział mi słaby i zachrypnięty głos, ledwo żywego człowieka. Pojechałam tam od razu do niego, a po drodze kupiłam czekoladę, jakieś ciastka i pomarańcze. Kiedy tylko weszłam zaczęliśmy oboje płakać, to wspólnie, to na zmianę. W końcu przez łzy zapytałam go : człowieku jak mogłeś do tego doprowadzić? Jak mogłeś do tego dopuścić, ty nie szanujesz w ogóle siebie. On tylko uśmiechał sie do mnie przepraszająco, za to że sprawił mi przykrość swoim wyglądem i zachowaniem, bo przecież tego nie chciał.

Potem długo siedziałam na jego łóżku, i patrzyliśmy sobie w oczy, a ja trzymałam go za rękę. Po jakimś czasie wstałam, i zrobiłam mu kawę, i bułkę z masłem, [a jedno i drugie przyniosłam ze sobą].
Przychodziłam tak codziennie do niego przez tydzień, a potem zaczęliśmy wychodzić wspólnie na spacery do pobliskiego parku trzymając się za ręce, a właściwie to ja go trzymałam za ręce aby dodać mu odwagi i sił.
Pewnego dnia jak ptak z wyleczonym skrzydłem, albo dzikie zwierze któremu zrosła się chora noga, a przy okazji i dusza, wstał sam z gazetą trzymana w jednej ręce i poszedł w stronę miasta. Gdy wieczorem wrócił, a nie mogłam wytrzymać, i wypaliłam czekając całą paczkę papierosów, otworzyły sie drzwi i zobaczyłam w nich jego lekko zgarbioną sylwetkę. Znalazłem pracę, -powiedział. Przychodziłam do niego tak często jak mogłam, choć nie tak często jak wcześniej, i stawaliśmy się coraz bliżsi opowiadając sobie swoje sekrety i ukrywane przed wszystkimi historie i tajemnice, śmiejąc się z nich i z samych siebie przy okazji, bo obnażone tajemnice oczywiście przed odpowiednimi, godnymi tego ludżmi, przestają być tajemnicami i przestają w ten sposób obciążać nas.

Wiedziałam i czułam jedno, i że to prędzej się stanie, i stało się.
Połączyła nas przyjaźń.



*potem jeszcze zrozumiał całkiem coś innego. Zrozumiał że tak naprawdę człowiek sam w sobie i sam dla siebie jest nikim i nie istnieje. Okazując się jakby całkowicie pusty, niby wydrążona kłoda drewna, albo forma jedynie, -jak dla przykładu szklanka albo pojemnik formy zawierający w sobie i noszący możliwość. A staje sie kimś, człowiekiem mianowicie dopiero wtedy gdy działa na rzecz innych, szczególnie zaś swoich najbliższych których kocha, choć nie tylko. Pusty w sobie, a nawet bez formy, jakby nie istniejący obłok chmur, i także w jakiś sposób podobny do lustra, człowiek Nikt, lub człowiek Nic, zaczynający żyć niby małe dziecko chwilę po urodzeniu. Nie istniejące nic, albo nieistniejący Nikt który chodzi i porusza się a także mówi, i śmieje się albo nawet płacze. Czyli co? [kto]

krzemionkowa Dolina

oopowiadanie trochę śmieszne. Pokazuje je bardziej ze wzgledów dokumentacyjnych, szczepcio,
Uwaga, autor ma świadomość że podjął się zupełnie karkołomnego zadania, i stoi na zupełnie straconej pozycji. Każdy bowiem może porównać jego powiastkę z tym to co na przykład napisał Gogol o Moskwie i Petersburgu. Ale Gogol to Gogol i nic więcej powiedzieć się nie da. To znaczy da się, ale po co

Dobrze, wygadałem się już, a więc przejdźmy teraz do rzeczy
Najpierw zdanie wstępu. Czemuż to Kraków, niby stare i stołeczne, a na dodatek i królewskie miasto, nie miałoby mieć Krzemkowej Doliny jeśli ma ją taka, na przykład Ameryka, dzieciak przecież i bobas, w porównaniu do Krakowa, baraszkujący jeszcze na kolanach matki kultury i ojca natury.
A więc ma, może powiecie że nie ma?.

Bo któż z was jeszcze nie zna Krzemionkowej Doliny zwanej także Krzemkową Doliną. Miasta zamieszkałego przez niezliczone rzesze docentów i nobliwych centów, potomków starych mieszczańskich rodów, kiedyś zwanymi centusiami i docentusiami, ale to dawno bo przed wojną. Dziś najliczniej Krzemionkową Dolinę zamieszkują auta, których według obliczeń światowych naukowców jest jakieś sześćset milinów, z czego rzesza , bo co najmniej sześćdziesiąt milionów zamieszkuję nasze ukochane i jedyne w swoim rodzaju miasto.
O mieście można by wiele pisać i właściwie robić to w nieskończoność, bo sama nazwa nawet wywodzić ma się podobno od słowa dawny, -a więc kiedy nadano mu tą nazwę w szóstym albo siódmym wieku, był już dawny, szacowny i stary. Można by też próbować przewyższyć samego Gogola, kiedy on tak wspaniale opisywał specyfikę i geniusz miejsca Moskwy oraz Petersburga, pokazując doskonale ich specyfikę. Ale nie o to chodzi, Gogolowi i tak nie dorówna nikt, a opowieści o mieście starym jak świat było naprawdę wiele. Kto by zresztą śmiał stawać w szranki z piórem Mistrza wiedzy o mieście, czyli piórem pana Leszka Mazana? Nikt, zdecydowanie nikt. Lem może jakby żył to by siedząc na Bielanach, jakąś nową historię fantastyczną o naszym mieście napisał, albo Lec niejedną fraszkę ułożył, dowcipnie przyganiając mieszkańcom w ich przywarach i skłonnościach [ a znalazły by się takie zaręczam, choć trudno w to uwierzyć]

Teraz jednak, kiedy przestrzeń miasta się zawęża, i powstają coraz to nowe projekty, a wszyscy krzyczą żeby przyciągać inwestora, który ma budować co się tylko da, i rosną ciągle nowe domy i budynki, a starym przybywa pięter, a nawet Kazimierz, nieporuszony w swojej niezmienności, stare kamienice przemienia w banki, -warto dodać coś od siebie choćby tytułem uzupełnienia, bo i może niektórzy o czymś zapomną napisać.
Więc stare kamienice zamieniają się w banki, albo choćby w tych banków filię, powstają wszędzie nowe firmy, oferując nam przemianę siebie ze starca w młodzieńca w jednej chwili a kobiety no może po trzydziestce w nastolatkę o różowej cerze. Miliony aut których jest coraz więcej, pędzą zuchwale po naszych średniodziurawych drogach konkurując zuchwale z szybkim tramwajem
i wystraszonymi pieszymi, przechodzącymi przez pasy na jezdni przy zielonym świetle. Wszystko to przypomina dziki kapitalizm w starym poczciwym dziewiętnastowiecznym stylu, gdyby nie fakt że socjalizm u nas znacznych rozmiarów się rozpasł i rozsiadł, a “Lewokracja” kwitnie. Ale cóż tam zostawmy to, Kraków przecież ma Park Technologiczny, i dziesięć tysięcy profesorów na trzydzieści tysięcy zamieszkujących całą Polskę, i to dopiero jest sukces. Sukcesso grosso, chciało by się zawołać, udając że zna się włoski, co w Krakowie akurat łatwo wykryć bo liczba znających język włoski jest ogromna.

Ale gdybym chciał tak pójść śladem Gogola, to tak bym napisał:
Przeciętny mieszkaniec Krakowa, w większości nie wywodzący się ze starych i nobliwych rodzin, porzuca wszystkie dawne cnoty tak pielęgnowane przez stulecia, i już nie bardzo wiadomo czy biedny to bogacz udający biedaka, oszczędna sknera gromadząca każdy grosz, lub skromniś. Również człowiek młody a dobrze ubrany i niezwykle pewny siebie, który w aucie [a jest ich w mieście legion] może bez wahania przejechać na zielonym świetle setkę staruszek i całą klasę młodzieży szkolnej [dawniej nazywanej dziatkami] jest naprawdę bogaty, czy tylko takiego udaję. W każdym razie, gołym okiem widać, że upadł już dawno mit pani Dulskiej i pana Dulskiego, a nawet Zbyszka, [jeśli istnieje nadal,] to po cichu i gdy nikt nie widzi, idzie lumpować czyli imprezować. Pan jaśnie wielmożny uosabiający Jowisza w swoim nieśmiertelnym kapeluszu, czyli jeśli kto nie wie sam Skrzynecki Piotr, także czuł by się wyobcowany i samotny w tym nowym mieście pełnym niezliczonej rzeszy nowokrakowskich, nowych krakowian. Rzetelny Dulski też by nie zaświecił na imprezce zorganizowanej w sobotę lub niedzielę w nowym pabie, lub zwariowanej knajpce na nocnym kazimierzu, przy okazji dodam dla tych co w mieście nie bywali od lat i nie mają tu znajomych, że wieczorkiem chodzi się już na Kazimierz, lub jak co niektórzy mawiają do “Kazika”, je pizze i popija browarka. Kto by jeszcze na kolana nie rzucił, bo że na kolana by nie rzucił ani Naczelnik Kosciuszko, ani biedak umierający w przytułku dla bezdomnych w jeszcze chłodniejszym Londynie, Norwid, ani tym bardziej marszałek Piłsudski, ani co pewne nawet sam Mickiewicz. Brat Albert który dla ozdoby został świętym, a jeśli się mylę, niech mnie ktoś poprawi wywoływał by uśmiech na ulicy i kpiny jeśli odwagę miałby po nich chodzić, choć sądzę że zapadł by się ze wstydu pod ziemię.

Sukces to jedyny wyznacznik dla współczesnego nowokrakowianina. Sukces wymienialny na dobra i zaszczyty, a te ostatnie też na dobra, z których co nie muszę dodawać najważniejszym dobrem są pieniądze wymienialnym na inne ważne dobra. Ale blask też się liczy i nawet nie chodzi o to aby mieć, chociaż i mieć po to aby mieć jest ważne, bo rzeczy są przecież potrzebne do życia, ale żeby błyszczeć. Ja więcej mam, i ja mam lepiej, i mam lepsze, droższe, trudniej dostępne, a więc jestem ważniejszy od ciebie, mówią swoimi rzeczami nowi mieszkańcy Krakowa, czyli tak zwanej Krzemkowej* Doliny. Bo miasto dziś, choć współczesny Polak po dwudziestu latach rozwoju i transformacji gospodarczej nie potrafi zbudować własnego komputera średniej klasy, chce się nazywać Krzemkową Doliną na wzór słynnej Krzemowej Doliny.

Co robią mieszkańcy Krzemowej Doliny? Dla których, po detronizacji Krakusa, Krzemek właśnie stał się ojcem opiekunem miasta. Rano wstają, i pędzą na wzór mitycznego Krzemka aby zdobywać liczne dobra i w ten sposób piąć się po szczeblach drabiny społecznej. Towarzystwo, imprezowanie, picie rodzajów i gatunków win, oraz sposób odżywiania, jak i nawiązywanie przyjaźni jest spowodowane pędem po sukces, -a wszystko to może, za sprawą tego wiatru który owiewa podobno całą Europę, a zmęczony kończy swój bieg w Krakowie
Powiedzmy jednak coś dobrego o naszym mieście. Ulice Kraka i Krakusa są nadal na swoim miejscu. Kopce stoją jak stały, a i Okno Papieskie też, i ludzie czasem nawet do niego przychodzą [ czy pod, czy do , -to zupełnie inna sprawa]. Nadal ludzie z Warszawy przyjeżdżają tu w łikendy aby uprawiać turystykę pabową, przy okazji czasem i zwiedzają Kościół mariacki i Wawel, o których myślą, że po to tu stoją żeby zarabiać pieniądze, a niektórzy podobno nawet uważają że po to zostały zbudowane aby zarabiać na turystach. Patrzą też na posąg Świętowita stojący koło Wawelu [ a właściwie to na jego kopię], i zaglądają czasami do piwnic. A ludzie ze Śląska i Kieleckich lasów, potomkowie starych partyzantów,[czasami nawet jeszcze z liśćmi paproci na głowie, co można autentycznie zobaczyć, więc jeśli zobaczycie człowieka z liśćmi paproci na głowie, nie dziwcie się proszę, bo to zapewne potomek starego partyzanckiego rodu z kieleckich lub radomskich lasów, jeszcze nie oswojony z życiem w wielkim mieście] czyli ci potomkowie górników ze Śląska i partyzantów z lasów kielecko-radomskich, przyjeżdżają po nauki do szkół wyższych i uniwersytetów z podziwem i szacunkiem stąpając po starych ulicach. No dalej Kraków jest jeszcze Krakowem, a król Krak walczy, jeśli można tak powiedzieć o nim, walczy o palmę pierwszeństwa z Krzemkiem. I nie wiadomo który z nich wygra. Jakby co, to dorożki jeszcze są a jakże, choć coraz bardziej o widoku miasta decydują nowe furki bogaczy i udających bogaczy, co jest niestety częstsze. Bloki i blokowe dzielnice dominują stare miasto, a reklamy jakby przygniatają swoim ciężarem żyjących w nędzy, ale z głowami w chmurach, poetów.
----------------
*dlaczego Nobliwy Kraków nie może mieć swojego Krzemcia, jeśli taki dajmy na to, wyjątkowo zresztą piękny i lubiany prze ze mnie Lwów, młodzik i podlotek miał swojego Szczepcia i Tońcia. Otóż i ma, a o krótkiej historii Krzemcia a także i Przemysła czytaj niżej, w dopisku..

Jeszcze mały dopisek. Kim był a właściwie jest mistyczny i niezwykle popularny Krzemko, przez najbliższych nazywany Krzemciem, a w dzieciństwie nawet Przemciem, lub Przemkiem, -czego bardzo nie lubi wspominać. Bo nie jest niczyją tajemnicą chyba, że nazwa doliny pochodzi od Krzemcia, a nie od Krzemionek, lub od Krzemowej Doliny.
Kiedyś popularny w kręgach klasowych i podwórkowych Przemo, udał się na jedną z sobotnich imprez z kolegami. Podczas towarzyskich rozmów jakie zwykle prowadzą między sobą młodzi ludzie, jeden ze znajomych, a nie pamięta już kto, za dużo chyba wypił piwa, albo bolał go ząb, także zamiast Przemciu, powiedział Krzemciu, a może tak to jedynie zabrzmiało. Wywołał tym sporo śmiechu, ale jeden z milczących i filozoficznie nastawionych znajomych
trzymający się z boku towarzystwa szkolno-klasowego, i nawet podwórkowo-ulicznego, zaczął snuć rozważania odnośnie imienia Krzemek i Krzemcio, -wiążąc je właśnie z Krzemową Doliną, i krzemem, oraz jego rolą w nowoczensnej informatyce i elektronice.
No dobrze, był i jest już “Przemysł”, jego znajomy noszący to same imię co on, a wiążący z nim [czyli z tym imieniem]
spore nadzieje, i widzący siebie w roli potentata przemysłowego i właściciela licznych hut, fabryk, a nawet kopalń srebra i złota. On więc może być nowym technologiem i królem nowej technologii. Król nowej technologii, Krzemcio, -jak to pięknie brzmi, pomyślał, i zabrał się do roboty.
Na początku zaczął postrzegać siebie jako komputer zbudowany z zespołów i podzespołów, w którym największą rolę odgrywały związki krzemu. Miał w sobie twardy dysk i pamięć operacyjną, procesory, chłodnice i płytę główną. Program operacyjny nakładczy i ten rezydujący. Chodził wieczorami na Krzemionki, i tam wyobrażał siebie, a jak on twierdzi, że przeobraża się w komputer. A codziennie, lub raczej co noc, zaraz przed pójściem spać, czyścił wirusy i szkodliwe oprogramowanie jakie wdarło się do jego systemu. Potem to zmienił, wykorzystując każdą czynność do
pracy nad własnym elektronicznym wnętrzem, wirusy i trojany likwidował podczas codziennej kąpieli, albo zwykłego mycia rąk w łazience.
Postanowił działać jako komputer, a wkrótce zyskał liczne rzesze naśladowców.
Aha mało kto wie że rządy dusz nad miastem, sprawuje wspólnie z lubiącym pozostawać w cieniu, a nie cierpiącym rozgłosu Przemysłem.



Kwiecień. 2008.

Podgórze, okolice Krzemionek Kraków

czwartek, 29 lipca 2010

Haking.pl

fragment
Tymczasem na ziemi zapanował komunizm ale nie taki jak poprzednie. Był to komunizm pracowniczy, nazywany także komunizmem pracowników. Globalizacja miała bowiem dwie strony, łączyli się sieci nie tylko politycy, wielcy bankowcy i możni. Na ten sam pomysł wpadli także zwykli ludzie. sie że związkowcy wspólnie z anarchistami, alterglobalistami i autonomistami stworzyli potężną nieformalną sieć, a strajki miały miejsce na [Okazało] całej planecie. Po raz pierwszy w historii narodowcy, wolnościowi komuniści, monarchiści i anarchiści staneli w jednym szeregu i współdziałali ze sobą.W pewnej chwili skorumpowani politycy stracili autorytet w oczach ludzkich, chciało by sie powiedziec do cna. Oczywiście politycy i ci którzy nimi naprawdę kierują próbowali różnych sztuczek żeby nadal utrzymać władze nad masami i czerpać z pracujących na nich roślin soki. Nawet nie udała im się chytra sztuczka z ponownym przybyciem Mesjasza zaplanowana wspólnie z przedstawicielami większości kosciołów i religii na planecie. Następnie było lądowanie kosmitów, powołanie rządu światowego i stanu wojennego i jednej światowej armii aby zapobiec rzekomemu zagrożeniu. Po złych kosmitach przeleciała nieistniejąca planeta Nibiru, potem miało się spełnic wymyślone proroctwo Oriona i rok 2012 z takim zapałem propagowane w światowych mediach. Następnie lądować mieli tak zwani "dobrzy" kosmici, żeby ratować świat przed globalnym kryzysem i całkowitym załamaniem finansów. Nic nie pomogło, nastąpił nie spotykany dotychczas kryzys i wielu oskarżało rządzących że robili to celowo. Ludzie nie dalisię nabrać. Powiedzieli koniec z partiami, politykami tak zwaną demokracją pośrednią, sami zadbamy o siebie. Na początku ludzie starali się i wszytko kręciło się jakoś. Potem role polityków przejmować zaczęli działacze związkowi i tak zwani aktywiści, nic dziwnego bo ani jedni a ni drudzy nie pracowali nigdy. Wszystko należało do kolektywów a ludzie byli od całkiem zależni bo tylko tam w pracowniczych kolektywach mogłeś dostać pracę i następnie kupić żywność. Nie mogłeś nigdzie wyjechać, ani zmienić miejsce zamieszkania. No chyba że chciałeś prowadzić żywot włóczęgi. Odrodziły sie państwa teraz nazywane kolektywami lub autonomiami, a gdzie niegdzie kolektywnościami lub komunitariami. Ich przywódcami zostali dyktatorzy, wspomniani wcześniej aktywiści i działacze zwiazkowi. Policje ludowe zamieniały się w bojówki, i siały krwawy terror wsród przerażonej ludności. Posiadanie roni palnej, złota i kosztownosci karano zwykle śmiercią i wieszano takich na szubienicy na centralnym placu miasta, większośc ludzi uwielbiała to ponieważ nie dośc że miala darmową rozrywke to jeszcze ci którzy przyszli najwcześniej i stali najbliżej szubienicy mogli zawalczyć o ubranie i rzeczy osobiste nieszczęsnika. Jedne komunitarie miały charakter religijny, inne były świeckie, ale wszędzie panowała bieda, nijakość i terror. Jedynie na Syberi w Indiach i Brazylii było odrobinę wolnego powietrza, a chaos nie pozwalał egzekwować wytycznych rady delegatów swiatowego kolektywu. Najlepiej było a Syberii, gdzie każdy uciekinier mógł praktycznie osiedlić się na wolnej niezamieszkałej działce, i wziąśc ją w posiadanie żyć sobie po swojemu niepokojony przez nikogo. Szedłeś tam zwykle na nogach, nocami przedzierając się przez liczne punktu kontroli na granicach kolektywów, z malym plecakiem w srodku którego zapakowałeś sobie koc, starą maszynkę do gotowania herbaty, i pare butelek wódki na łapówki dla straż komunitarnej jesli cię zauważyli. Oni ze swojej roboty nic nie mieli bo zamiast w nocy spać, by rano iśc do pracy musieli pilnować granic swojego kolektywu, przeklinając na czym świat stoi i pijąc na potęge domowej roboty alkohol. Zazwyczaj mocną wódką, przegryzaną chlebem z cebulą i smalcem.

całość tu
lub na jednej ze stron bloga

środa, 28 lipca 2010

Czarne Koło

Czarne Koło zebrało sie po raz drugi w kaplicy św. Grenemona, a po spotkaniu o czym napisze prę słow póżniej, zeszli ze wzgórza i udali się w okolicę Smoczej Jamy, gdzieś pomiędzy Smoczą Jamą a Wisła, i rozsiedli się na ławkach, a niekŧórzy z nich przykucnęłi, lub też stali niedaleko i przysłuchiwali sie rozmowie, zabierając od czasu do czasu głos. Ale najpierw projekt konstytucji opracowanej przez plaformę "Wolnośc czy Demokracja", -a co jeszcze raz podkreślam, ugrupowanie nie ma nic wspólnego z panującą partią polityczną poza podobieństwem nazwy. Teraz do rzeczy...czytaj dalej tu

Ci którzy prowadzą stado

Stary żyd szedł ulicą grodzką i był szczerze zmartwiony - czy ci goje naprawdę niczego nie rozumieją? - myślał. Pierwsza część Pisma - kontynuował swój wewnętrzny wywód - stanowiła wzór, wzorzec istnienia i była rodzajem zbioru wszystkich możliwych przypadków, jakie przydarzyć się mogą, albo i by się przydarzyć mogły, człowiekowi żyjącemu w świecie, to taka encyklopedia człowieka po prostu
No, taki rodzaj szczególnego prezentu od Boga dla nas, potrzebnego nam do wędrówki po ciemnym nie raz labiryncie życia. Każdy z jego fragmentów stanowił rodzaj przesłania i tak na przykład, jeden opowiadał o człowieku zupełnie szalonym w swoim zaślepieniu, i fanatyzmie, gotowym nawet zabić własnego syna na ołtarzu dla Boga który tego wcale tego nie potrzebował, a co więcej z przerażeniem pewno patrzył na chorobliwe poczynania starego chorego głupca, zupełnie jakby chciał powiedzieć -składasz tą ofiarę demonowi, materii a nie mnie. Demonowi który narodził się w twoim opętanym umyśle. Stary głupiec pragnął zabić dziecko w ofierze bogu swojego chorego umysłu.Demonowi paranoi, lęku i obłędu.
Inne znowu fragmenty mówiły o zazdrosnych braciach, albo stanowiły rodzaj przypowieści o dwóch synach, jednym roztropnie budującym przyszłość, drugim lekką ręką marnotrawiącym dobra.
Zrósł się z nimi i byli mu bliżsi niż jego własna skóra. Z gojami, i gdy tak szedł w jasny słoneczny dzień wspomnianą ulicą grodzką, a promienie słońca prześwietlały twarze przechodniów, czuł, że są jego przedłużeniem. Nie tylko jego rodziną, a miasto jego dużym domem, ale nim samym. Jego rozrzuconymi po świecie kawałkami i częściami. Chociaż tak starych i rozklekotanych butów jak te jego, nie miał chyba w całym Krakowie nikt.
Z rozmyślań wyrwały go dźwięki piosenki dobiegającej z salonu TATOO, lub okolicznego sklepu z muzyką
"kto zabił cara i jego ministrów" -śpiewał Mick Jagger



Ygrek. chodził nerwowo po pokoju i myślał o marności człowieka,
-jaki człowiek jest mały i on chłopak ze wsi, bez żadnego przygotowania, zaledwie po szkole, ale nawet bez matury musiał wejść w samo jądro natury ludzkiej, [w samo jądro ciemności, niezbadanej natury ludzkiej ], i wędrować po najtajniejszych zakamarkach psychiki. Bez żadnego przygotowania. Tak zupełnie wrzucony w dorosłe życie, jak całe jego powojenne pokolenie. Byli od razu dorośli- Z drugiego pokoju dobiegł go głos, “Galartetki”, płynący z telewizora. Uśmiechnął się, przywołując wspomnienia z czasów młodości, by po chwili jednak zmarszczyć czoło. -Taaak, tchórz “Galaretka”, i “Plastelina”, “Modelina”, "Popelina" i "Nowelina -powiedział do siebie półgłosem, i powtórzył jeszcze raz, -hm...taaak znam ich wszystkich i “Pępowinę” też-
Tu muszę dodać, kierując się głównie do niezorientowanych, bo zapewne są i tacy, wśród czytających te słowa. Otóż służby przynajmniej w niektórych nazwijmy to placówkach, miały zwyczaj nadawania pseudonimów, lub po prostu przezwisk swoim współpracownikom, takich trzecich imion, obok tych “prawdziwych” i drugich operacyjnych, nadawano im jeszcze zazwyczaj śmieszne przezwiska, często celnie charakteryzujące postać współpracownika. Jedni byli miękkiego i słabego charakteru, a takimi się zwykle brzydzili, on i jego koledzy, wysłuchując ich z niesmakiem, a po spotkaniu, długo myli ręce pod kranem w łazience, zupełnie tak jak chirurg po operacji, albo lekarz internista przed zabiegiem. Inni jak Pępowina, lubili się przyklejać
Gwałtownym jak na swój wiek krokiem, o który nikt by człowieka w jego wieku nie podejrzewał, jakby chcąc odgonić stare wspomnienia związane z “Galaretką”,
wszedł do drugiego pokoju, wyłączył telewizor, i wyszedł z domu energicznym krokiem,
szybko zbiegając po schodach, zamykając jednak wcześniej drzwi na klucz. A wcześniej wyciągając ten klucz z lewej kieszeni marynarki, gdzie zwykle spoczywał.

Artysta pisarz przestraszył się, gdy po raz trzeci podszedł do niego ten starszy zadbany mężczyzna, zawsze elegancki i czysto, nienagannie ubrany. Trochę jak świadek jehowy, albo adwentysta.
-Co od niego mogą chcieć służby- pomyślał i serce podeszło mu aż do gardła, ale wymykać się w nieskończoność nie miało sensu, postanowił więc zostać, i sprawdzić w końcu co się będzie działo. Najpierw stary żyd A. a teraz “służbista” Y. Czego on ode mnie chce.
A Ygrek chciał tylko wyrzucić z siebie wszystko to co tkwiło w nim przez całe jego dorosłe życie i oczywiście nie za darmo. W zamian ofiarował mu wiedzę o człowieku, i jego marnościach, a także prawdę o dzisiejszym świecie. Ale czy Arysto jest na nią przygotowany? I czy nie zabije go to, lub czy ewentualne zwichnięcie, albo złamanie da się szybko i łatwo wyleczyć i zagoić. Czy zrośnie się i pozostanie prawie nie zauważalne dla psychiki tego wiecznego buntownika i w gruncie rzeczy dzieciaka?

Tak, tak, oczywiście myślał o tym wcześniej, zanim postanowił z nim porozmawiać i podzielić się z prawdą którą przechowywał w pamięci.Bo Ygrek chciał to zrobić nie raz, zostawiając przekaz drogi jaką podążał po życiu młodym którzy przychodzili po nim do służby. Ale młodzi nie chcieli ich słuchać. Zupełnie tak jak oni nie chcieli słuchać Karłów Reakcji od Marszałka Józka, a tamci z kolei swoich poprzedników pracujących jeszcze dla "jewo wieliczestwa samego cara", lub "najjaśniejszego austryjackiego pana".
Inkwizytor, był właśnie tym, z którym Ygrek chciał podzielić się kiedyś doświadczeniami ze swojego życia i wiedzą mogącą się przydać młodym ludziom w pracy.

Inkwizytor.
Z pozoru typowy dla swojego pokolenia młodych gniewnych i zbuntowanych człowiek.
Przeszedł cały szlak bojowy właściwy dla jego pokolenia, dość pobieżne i powierzchowne zainteresowanie filozofią wschodu, punkiem i muzyką rokową, a miał też w życiorysie sprzeciw wobec systemu, i udział w jakichś opozycyjnych kółkach, demonstracjach i pochodach. Bezkolizyjnie i szybko przeszedł później od czasów buntu, przebierając się po drodze w kostium państwowego urzędnika nowego kapitalizmu, i potem kapitalizmu socjalnego, czyli de fakto socjalizmu marksistowskiego, żeby nie powiedzieć komunizmu [ przynajmniej według Arysto ] więc już bez maski. By kilka lat później stać się " M'kartym z IPNu", lub " Inkwizytorem", bo obie ksywy funkcjonowały w środowisku. M'ckarty spędzał dnie w ponurych archiwach i przepastnych ciemnych gabinetach, wieczory zaś w krakowskich pabach i knajpach, zazwyczaj na popularnym "Kaziku" czyli Kazimierzu.Gdzie często już po paru piwkach wykrzykiwał
-mam karty, na was wszystkich mam kraty.Bo jestem sobie taki mały Mak Karty".


Idąc późnym wieczorem, a właściwie już nocą, prawie pustą ulicą grodzką, w tym prawie czasie kiedy słyszy się tylko swoje kroki, a przynajmniej tego się oczekuję bo już myśli o śnie i o trym co będzie się śniło, nieoczekiwanie dla obu spotkał go stojącego przed “Różą”, a dokładniej między “Różą” a greckim barem, i Mam Karty najpierw na samym początku się skrzywił, a po chwili wciągnął gwałtownie Arysto do środka. Na początku rozmowa nie kleiła się. O czym mogą rozmawiać dwaj dawni przyjaciele. Jeden chodzący z teczkami na najważniejszych rządzących polityków i drugi żyjący czasem w nędzy, i rozpaczliwie szukający pieniędzy na opłacenie małego pokoju który wynajmował niedaleko pętli na Prokocimiu.
Starego żyda irytowała ucieczka Arysto do przodu, wchodząc najpierw po same uszy w buddyzm, odwiczny bon i filozofię wschodnią, Arysto uciekał od problemów współczesnego świata, na swój sposób umywał ręce. Może i był dalej, i wiedział więcej -myślał [ niesłusznie go chyba krzywdząc ] ale nie było go tu i teraz z nimi i powiedziałbym nawet, że nie istniał dla ludzi, a oni nie istnieli prawie w ogóle dla niego.Wcześniej chciał się spotkać z Arysto, na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy czasami chadzał na spotkania buddyjskie, na których Arysto był stałym bywalcem.

Musicie wiedzieć że od czasu kiedy Arysto "ujawnił się" jako przedstawiciel naszej starej i rdzennej pogańskiej tradycji, kontakty z problemami otaczającego go świata prawie zanikły, bo o ile buddyzm zaleca postawę współodczuwania, przetłumaczoną jako postawę współczucia, i mobilizowało go to przynajmniej do umiarkowanego zainteresowania innymi ludźmi, to gdy jawnie już opowiedział się jako poganin, poczuł się lekki jak ptak i zrzucił z siebie wszystkie troski innych [ -autor.]
------------

Już nie muszę zbawiać innych, jak buddysta, ani nosić ich krzyża jako katolik, -myślał, idąc ulicą Arysto, był zupełnie leciutki i prawie unosił się nad ziemią -jak to dobrze jest chodzić bez cudzych trosk-. I wtedy wychodząc z Poselkiej prawie wpadł na niego ten stary żyd pan A.
A. chociaż zgarbiony i chodząc powłóczył ciężko nogami, był niemniej energiczny od swojego rówieśnika Y. Obaj mieli po osiemdziesiąt siedem lat i byli równolatkami. Pokolenie JP II. Rok kozy i obaj urodzeni w maju. A. Znał Ygreka, i nic go specjalnego z nim nie łączyło. Żadnego uczucia sympatii i żadnej też nienawiści. Po prostu obojętność. Neutralna obojętność.
I nie powiedział nigdy skąd go zna. Y. Pochodził ze wsi i przyjechał do miasta jako dorosły, no może pełnoletni młody człowiek, z jedną bardzo małą tekturową walizką pełną skarbów ściskaną kurczowo w jednej ręce, w jednej marynarce, nałożonej na sobie i jednym starym płaszczu przerzuconym przez ramię drugiej ręki [ gdy tak szedł od strony dworca głównego w kierunku Floriańskiej, zaraz gdy tylko wysiadł z pociągu A szedł parę kroków zanim, tak że nawet prawie spotykali się. A nie śledził Ygerka, szli jedynie przez pewien czas w tym samym kierunku, potem A skęcil w Tomasza]
Więc Ygrek przyjechał do Krakowa ze wsi spod Radomia albo Nowego Targu [ dokładniej spod Koszalina ] a A. urodzony na Kazimierzu niedaleko Krakowskiej, chyba na Paulińskiej gdzie spędził tam dzieciństwo, następnie został przesiedlony na Azory, dalej przez pół roku mieszkali z rodzicami na Kozłówku, by wrócić do swojego "Kazia", czyli na Kazimierz....czytaj dalej tu

Krakopolis

Zbyzos obudził się i włączył telewizor. Po chwili szukania znalazł jakiś film na jednym z telewizyjnych kanałów i zaczął go oglądać. Akcja filmu toczyła się w Megapolis które przyjęło nazwę Krakopolis, od największego i najbardziej znanego miasta w wielkim zespole miejskim. Granice Megapolis zaczynały się na zachodzie zaraz za Bochnią, a kończyły tuż za Toszkiem. Na południu natomiast ogromne miasto ciągnęło się poprzez Wodzisław, Cieszyn, a dalej Trzyniec, Bochumin, Karwinę, i Frydek. Następnie zakręcało na zachód, i w jego skład jeszcze wchodziły Ostrawa, i Opawa. Krakopolis było największym miastem kontynentu, liczącym jakieś piętnaście milinów mieszkańców i jego nieformalną stolicą, a także centrum naukowo-kulturowym i gospodarczym. Dzięki bardzo niskim, prawie że zerowym podatkom rozwijało się świetnie, w tempie co najmniej trzydziestu pięciu procent produktu krajowego brutto rocznie. I to pomimo licznych ograniczeń, bo w miastach polis nie mogły działać fabryki i przedsiębiorstwa zanieczyszczające środowisko i zatruwające powietrze. Wycofane zostały też z użytku stare hałasujące i wydzielające spaliny samochody, które wykupił miejski skansen. A na ich miejsce wprowadzono nowe mini autka poruszające się za pomocą napędu antygrawitacyjnego. Autka te podobnie jak samoloty poruszały się w powietrzu na niezbyt dużej wysokości, praktycznie nie przeszkadzając pieszym, spacerującym chętnie po ulicach miasta. Była także nowoczesna powietrzna kolejka, poruszająca się bezszelestnie i szybko, niby poduszkowiec kilkanaście metrów nad ziemią, mijając liczne prywatne małe samolociki, bardzo modne w tamtych czasach.

Większość mieszkańców wróciła do swoich starych i pierwotnych wierzeń uznając je za bardziej zgodne z naturą i prawami wszechświata, oraz co ważne z prawami ergonomii. A więc wyznawała jeśli tak można napisać poganizm, jednak sporo mieszkańców polis praktykowało także buddyzm i chrześcijaństwo, oraz nową religię naukową, zwaną "religią kosmiczną". Napisałem religia, mając jednak świadomość że pojęcie „wiara” w swoim starym znaczeniu bardziej oddawało by istotę rzeczy, a jeśli ktoś nie wie to dodam że dawniej wiara oznaczała wiedzę. Oczywiście religia była prywatną sprawą każdego człowieka i praktycznie każdy jakiej by religii nie wyznawał tak naprawdę wyznawał przed wszystkim religię domową lub indywidualną. Choć w miastach stały też świątynie. I tak na wszystkich kopcach i wzgórzach zostały wzniesione świątynie z jakiegoś przezroczystego nieznanego mi materiału, jakby z tafli szkła lub jakiegoś przezroczystego tworzywa. Pięć najważniejszych z nich, to świątynia na kopcu Wandy, Kraka, Kościuszki, i Piłsudskiego, odbudowano także stary kopiec Wróżów.
Na kopcu Wandy stała sporych rozmiarów świątynia bogini Dewanny [czyli Dziewanny], Dewaleli i Żywi, do której zwykle najczęściej chodziły kobiety. Świątynia ta pulsowała pięknym błękitnym światłem i zwana była z tego powodu „błękitną”. Na kopcu Kraka stała świątynia poświęcona Swarożycowi, bóstwu opiekuńczemu miasta Krakowa, wcześniej także kraju wiślan, a potem i Krakopolis, do której najchętniej chodzili mężczyźni, i pulsowała żywym czerwonym światłem symbolizującym zapewne energię i aktywność. Na kopcu Kościuszki mieściła się świątynia poświęcona przodkom, czyli świątynia przodków. Największym kultem w tej świątyni cieszyły się bóstwa Rod i Rodzanna, opiekunowie rodziny, rodu jak i całego narodu. Na kopcu Piłsudskiego urządzono świątynie niejako dla wyznawców wszystkich ważniejszych kultów i wierzeń w polis, tam też odbywały się spotkania z przedstawicielami władz wynajmowanymi przez mieszkańców i pełniła ona role parlamentu w którym wszyscy obywatele mieli prawo głosu. Ci którzy nie mogli wyjść z domu głosowali przez internet lub za pomocą telefonów.
Na kopcu Wróżów, tak jak kiedyś, urządzona została świątynia wyroczni, i tam udawali się ludzie po wyrocznie, gdy chcieli zawrzeć małżeństwo, lub podjąć jakieś inne ważne przedsięwzięcie w swoim życiu... czytaj dalej tu