oopowiadanie trochę śmieszne. Pokazuje je bardziej ze wzgledów dokumentacyjnych, szczepcio,
Uwaga, autor ma świadomość że podjął się zupełnie karkołomnego zadania, i stoi na zupełnie straconej pozycji. Każdy bowiem może porównać jego powiastkę z tym to co na przykład napisał Gogol o Moskwie i Petersburgu. Ale Gogol to Gogol i nic więcej powiedzieć się nie da. To znaczy da się, ale po co
Dobrze, wygadałem się już, a więc przejdźmy teraz do rzeczy
Najpierw zdanie wstępu. Czemuż to Kraków, niby stare i stołeczne, a na dodatek i królewskie miasto, nie miałoby mieć Krzemkowej Doliny jeśli ma ją taka, na przykład Ameryka, dzieciak przecież i bobas, w porównaniu do Krakowa, baraszkujący jeszcze na kolanach matki kultury i ojca natury.
A więc ma, może powiecie że nie ma?.
Bo któż z was jeszcze nie zna Krzemionkowej Doliny zwanej także Krzemkową Doliną. Miasta zamieszkałego przez niezliczone rzesze docentów i nobliwych centów, potomków starych mieszczańskich rodów, kiedyś zwanymi centusiami i docentusiami, ale to dawno bo przed wojną. Dziś najliczniej Krzemionkową Dolinę zamieszkują auta, których według obliczeń światowych naukowców jest jakieś sześćset milinów, z czego rzesza , bo co najmniej sześćdziesiąt milionów zamieszkuję nasze ukochane i jedyne w swoim rodzaju miasto.
O mieście można by wiele pisać i właściwie robić to w nieskończoność, bo sama nazwa nawet wywodzić ma się podobno od słowa dawny, -a więc kiedy nadano mu tą nazwę w szóstym albo siódmym wieku, był już dawny, szacowny i stary. Można by też próbować przewyższyć samego Gogola, kiedy on tak wspaniale opisywał specyfikę i geniusz miejsca Moskwy oraz Petersburga, pokazując doskonale ich specyfikę. Ale nie o to chodzi, Gogolowi i tak nie dorówna nikt, a opowieści o mieście starym jak świat było naprawdę wiele. Kto by zresztą śmiał stawać w szranki z piórem Mistrza wiedzy o mieście, czyli piórem pana Leszka Mazana? Nikt, zdecydowanie nikt. Lem może jakby żył to by siedząc na Bielanach, jakąś nową historię fantastyczną o naszym mieście napisał, albo Lec niejedną fraszkę ułożył, dowcipnie przyganiając mieszkańcom w ich przywarach i skłonnościach [ a znalazły by się takie zaręczam, choć trudno w to uwierzyć]
Teraz jednak, kiedy przestrzeń miasta się zawęża, i powstają coraz to nowe projekty, a wszyscy krzyczą żeby przyciągać inwestora, który ma budować co się tylko da, i rosną ciągle nowe domy i budynki, a starym przybywa pięter, a nawet Kazimierz, nieporuszony w swojej niezmienności, stare kamienice przemienia w banki, -warto dodać coś od siebie choćby tytułem uzupełnienia, bo i może niektórzy o czymś zapomną napisać.
Więc stare kamienice zamieniają się w banki, albo choćby w tych banków filię, powstają wszędzie nowe firmy, oferując nam przemianę siebie ze starca w młodzieńca w jednej chwili a kobiety no może po trzydziestce w nastolatkę o różowej cerze. Miliony aut których jest coraz więcej, pędzą zuchwale po naszych średniodziurawych drogach konkurując zuchwale z szybkim tramwajem
i wystraszonymi pieszymi, przechodzącymi przez pasy na jezdni przy zielonym świetle. Wszystko to przypomina dziki kapitalizm w starym poczciwym dziewiętnastowiecznym stylu, gdyby nie fakt że socjalizm u nas znacznych rozmiarów się rozpasł i rozsiadł, a “Lewokracja” kwitnie. Ale cóż tam zostawmy to, Kraków przecież ma Park Technologiczny, i dziesięć tysięcy profesorów na trzydzieści tysięcy zamieszkujących całą Polskę, i to dopiero jest sukces. Sukcesso grosso, chciało by się zawołać, udając że zna się włoski, co w Krakowie akurat łatwo wykryć bo liczba znających język włoski jest ogromna.
Ale gdybym chciał tak pójść śladem Gogola, to tak bym napisał:
Przeciętny mieszkaniec Krakowa, w większości nie wywodzący się ze starych i nobliwych rodzin, porzuca wszystkie dawne cnoty tak pielęgnowane przez stulecia, i już nie bardzo wiadomo czy biedny to bogacz udający biedaka, oszczędna sknera gromadząca każdy grosz, lub skromniś. Również człowiek młody a dobrze ubrany i niezwykle pewny siebie, który w aucie [a jest ich w mieście legion] może bez wahania przejechać na zielonym świetle setkę staruszek i całą klasę młodzieży szkolnej [dawniej nazywanej dziatkami] jest naprawdę bogaty, czy tylko takiego udaję. W każdym razie, gołym okiem widać, że upadł już dawno mit pani Dulskiej i pana Dulskiego, a nawet Zbyszka, [jeśli istnieje nadal,] to po cichu i gdy nikt nie widzi, idzie lumpować czyli imprezować. Pan jaśnie wielmożny uosabiający Jowisza w swoim nieśmiertelnym kapeluszu, czyli jeśli kto nie wie sam Skrzynecki Piotr, także czuł by się wyobcowany i samotny w tym nowym mieście pełnym niezliczonej rzeszy nowokrakowskich, nowych krakowian. Rzetelny Dulski też by nie zaświecił na imprezce zorganizowanej w sobotę lub niedzielę w nowym pabie, lub zwariowanej knajpce na nocnym kazimierzu, przy okazji dodam dla tych co w mieście nie bywali od lat i nie mają tu znajomych, że wieczorkiem chodzi się już na Kazimierz, lub jak co niektórzy mawiają do “Kazika”, je pizze i popija browarka. Kto by jeszcze na kolana nie rzucił, bo że na kolana by nie rzucił ani Naczelnik Kosciuszko, ani biedak umierający w przytułku dla bezdomnych w jeszcze chłodniejszym Londynie, Norwid, ani tym bardziej marszałek Piłsudski, ani co pewne nawet sam Mickiewicz. Brat Albert który dla ozdoby został świętym, a jeśli się mylę, niech mnie ktoś poprawi wywoływał by uśmiech na ulicy i kpiny jeśli odwagę miałby po nich chodzić, choć sądzę że zapadł by się ze wstydu pod ziemię.
Sukces to jedyny wyznacznik dla współczesnego nowokrakowianina. Sukces wymienialny na dobra i zaszczyty, a te ostatnie też na dobra, z których co nie muszę dodawać najważniejszym dobrem są pieniądze wymienialnym na inne ważne dobra. Ale blask też się liczy i nawet nie chodzi o to aby mieć, chociaż i mieć po to aby mieć jest ważne, bo rzeczy są przecież potrzebne do życia, ale żeby błyszczeć. Ja więcej mam, i ja mam lepiej, i mam lepsze, droższe, trudniej dostępne, a więc jestem ważniejszy od ciebie, mówią swoimi rzeczami nowi mieszkańcy Krakowa, czyli tak zwanej Krzemkowej* Doliny. Bo miasto dziś, choć współczesny Polak po dwudziestu latach rozwoju i transformacji gospodarczej nie potrafi zbudować własnego komputera średniej klasy, chce się nazywać Krzemkową Doliną na wzór słynnej Krzemowej Doliny.
Co robią mieszkańcy Krzemowej Doliny? Dla których, po detronizacji Krakusa, Krzemek właśnie stał się ojcem opiekunem miasta. Rano wstają, i pędzą na wzór mitycznego Krzemka aby zdobywać liczne dobra i w ten sposób piąć się po szczeblach drabiny społecznej. Towarzystwo, imprezowanie, picie rodzajów i gatunków win, oraz sposób odżywiania, jak i nawiązywanie przyjaźni jest spowodowane pędem po sukces, -a wszystko to może, za sprawą tego wiatru który owiewa podobno całą Europę, a zmęczony kończy swój bieg w Krakowie
Powiedzmy jednak coś dobrego o naszym mieście. Ulice Kraka i Krakusa są nadal na swoim miejscu. Kopce stoją jak stały, a i Okno Papieskie też, i ludzie czasem nawet do niego przychodzą [ czy pod, czy do , -to zupełnie inna sprawa]. Nadal ludzie z Warszawy przyjeżdżają tu w łikendy aby uprawiać turystykę pabową, przy okazji czasem i zwiedzają Kościół mariacki i Wawel, o których myślą, że po to tu stoją żeby zarabiać pieniądze, a niektórzy podobno nawet uważają że po to zostały zbudowane aby zarabiać na turystach. Patrzą też na posąg Świętowita stojący koło Wawelu [ a właściwie to na jego kopię], i zaglądają czasami do piwnic. A ludzie ze Śląska i Kieleckich lasów, potomkowie starych partyzantów,[czasami nawet jeszcze z liśćmi paproci na głowie, co można autentycznie zobaczyć, więc jeśli zobaczycie człowieka z liśćmi paproci na głowie, nie dziwcie się proszę, bo to zapewne potomek starego partyzanckiego rodu z kieleckich lub radomskich lasów, jeszcze nie oswojony z życiem w wielkim mieście] czyli ci potomkowie górników ze Śląska i partyzantów z lasów kielecko-radomskich, przyjeżdżają po nauki do szkół wyższych i uniwersytetów z podziwem i szacunkiem stąpając po starych ulicach. No dalej Kraków jest jeszcze Krakowem, a król Krak walczy, jeśli można tak powiedzieć o nim, walczy o palmę pierwszeństwa z Krzemkiem. I nie wiadomo który z nich wygra. Jakby co, to dorożki jeszcze są a jakże, choć coraz bardziej o widoku miasta decydują nowe furki bogaczy i udających bogaczy, co jest niestety częstsze. Bloki i blokowe dzielnice dominują stare miasto, a reklamy jakby przygniatają swoim ciężarem żyjących w nędzy, ale z głowami w chmurach, poetów.
----------------
*dlaczego Nobliwy Kraków nie może mieć swojego Krzemcia, jeśli taki dajmy na to, wyjątkowo zresztą piękny i lubiany prze ze mnie Lwów, młodzik i podlotek miał swojego Szczepcia i Tońcia. Otóż i ma, a o krótkiej historii Krzemcia a także i Przemysła czytaj niżej, w dopisku..
Jeszcze mały dopisek. Kim był a właściwie jest mistyczny i niezwykle popularny Krzemko, przez najbliższych nazywany Krzemciem, a w dzieciństwie nawet Przemciem, lub Przemkiem, -czego bardzo nie lubi wspominać. Bo nie jest niczyją tajemnicą chyba, że nazwa doliny pochodzi od Krzemcia, a nie od Krzemionek, lub od Krzemowej Doliny.
Kiedyś popularny w kręgach klasowych i podwórkowych Przemo, udał się na jedną z sobotnich imprez z kolegami. Podczas towarzyskich rozmów jakie zwykle prowadzą między sobą młodzi ludzie, jeden ze znajomych, a nie pamięta już kto, za dużo chyba wypił piwa, albo bolał go ząb, także zamiast Przemciu, powiedział Krzemciu, a może tak to jedynie zabrzmiało. Wywołał tym sporo śmiechu, ale jeden z milczących i filozoficznie nastawionych znajomych
trzymający się z boku towarzystwa szkolno-klasowego, i nawet podwórkowo-ulicznego, zaczął snuć rozważania odnośnie imienia Krzemek i Krzemcio, -wiążąc je właśnie z Krzemową Doliną, i krzemem, oraz jego rolą w nowoczensnej informatyce i elektronice.
No dobrze, był i jest już “Przemysł”, jego znajomy noszący to same imię co on, a wiążący z nim [czyli z tym imieniem]
spore nadzieje, i widzący siebie w roli potentata przemysłowego i właściciela licznych hut, fabryk, a nawet kopalń srebra i złota. On więc może być nowym technologiem i królem nowej technologii. Król nowej technologii, Krzemcio, -jak to pięknie brzmi, pomyślał, i zabrał się do roboty.
Na początku zaczął postrzegać siebie jako komputer zbudowany z zespołów i podzespołów, w którym największą rolę odgrywały związki krzemu. Miał w sobie twardy dysk i pamięć operacyjną, procesory, chłodnice i płytę główną. Program operacyjny nakładczy i ten rezydujący. Chodził wieczorami na Krzemionki, i tam wyobrażał siebie, a jak on twierdzi, że przeobraża się w komputer. A codziennie, lub raczej co noc, zaraz przed pójściem spać, czyścił wirusy i szkodliwe oprogramowanie jakie wdarło się do jego systemu. Potem to zmienił, wykorzystując każdą czynność do
pracy nad własnym elektronicznym wnętrzem, wirusy i trojany likwidował podczas codziennej kąpieli, albo zwykłego mycia rąk w łazience.
Postanowił działać jako komputer, a wkrótce zyskał liczne rzesze naśladowców.
Aha mało kto wie że rządy dusz nad miastem, sprawuje wspólnie z lubiącym pozostawać w cieniu, a nie cierpiącym rozgłosu Przemysłem.
Kwiecień. 2008.
Podgórze, okolice Krzemionek Kraków
political-fiction, cypher,cypherpunk, post cyber, cyber sci fi sf литературы, искусства истории literatura, výtvarné umění příběhy літаратуры, мастацтва гісторыі technohumanismo књижевност, уметност приче राजनैतिक साइबर साहित्य 网络文学的政治 политической научной фантастики кибер politické počítačové sci-fi политичких сајбер научне фантастике trans sophia techno-humanizm antropokosmizm
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolina. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 3 sierpnia 2010
krzemionkowa Dolina
Autor:
Cyberius-Zee Jop
o
03:13
0
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
Cyberius,
Dolina,
komputer,
Kraków,
krzemionki,
Krzemionkowa,
liteatura,
opowiadanie,
podgórze
środa, 28 lipca 2010
Upadające banki i Dolina Mgieł
Siedzieli zadowoleni w klubie, pijąc dobre wino i spoglądając co jakiś czas na siebie. Może nie wszyscy, ale bądźmy szczerzy, chyba większość, a na pewno prawie nikt z nich, nie znał się na dobrych gatunkach wina, nie potrafił też odróżnić obrazów Malczewskiego od Wyspiańskiego albo Picassa, a i nie widzieli różnic między muzyką Bethovena, Szopena, a Moniuszki.
Nie znali się też na dobrych gatunkach kawy, tytoniu i cygarach, lub zapachach drogich perfum, a pytanie ich o storczyki albo róże, mogło by wywołać niezdrową atmosferę, bo nasi klubowicze mogli by uznać że są podejrzewani o preferencję seksualne jakich nie posiadali. Ich kochanki też były powiedzmy takie sobie, nijakie i pretensjonalne. Ale za to nosili sporych rozmiarów przerośnięte brzuchy.
Jednak mieli dwie rzeczy, i to wystarczyło. Rzeczy jakich nie miało dziewięćdziesiąt dziewięć, przecinek dziewięć dziesiątych procent, mieszkańców naszego kraju, albo nawet i całego globu.
Mieli pieniądze, i osiągnęli sukces, a tłumy pięknych, rządnych powodzenia i sławy kobiet otaczały ich niby pierścienie Jowisza. Nie kochały ich, bo i nie miały za co, a może i nawet gardziły nimi. Oni też nie kochali tych kobiet, i w głębi duszy chyba też pogardzali nimi. Wiedzieli bowiem że nic te kobiety nie czują do nich, a pociągają je jedynie ich pieniądze i władza. Gdyby dajmy na to, jeden z nich został nędzarzem, nie zostałby wpuszczony do ich domu, koledzy też by się od niego odsunęli, nie ukrywając pogardy. Tak jakby chcieli powiedzieć: – Jesteś dla nas nikim, jesteś zwyczajnym śmieciem, facetem który nic nie ma czyli zwyczajną, pozbawioną agresji…
Jeśli ktoś ich w ogóle kochał to te bezmyślne małpy, pełne podziwu dla samców alfa i beta. Małpy kochały ich i uwielbiały za coś czego same nie miały i nie będą miały, wiedząc że całe życie spędzą w stadzie, żyjąc w ciągłym strachu i niepokoju. Dzięki małpom i ich ślepemu podziwowi dla samców alfa i beta mogła ta religia tłumu istnieć nadal, religia w której bogactwo i władza jest przedmiotem kultu, tych którzy nie potrafią tak żyć. Takim rajem dzikich, a Świat kłamstwa, iluzji i fałszu mógł kręcić się nadal.
Cóż, nie należy mieć do nich pretensji, byli niedouczonymi ludźmi bez kultury, i bez dobrego starannego wychowania oraz manier. Oprócz agresji, jaką mogli spokojnie obdzielić co najmniej paru męskich przedstawicieli swojego gatunku nie posiadali nic czym mogli by błysnąć w towarzystwie.
Ale dzięki wspomnianej przed chwilą agresji i przebojowości, mieli pieniądze, dużo pieniędzy, i układy wśród tych którzy się “liczą”. Nic dziwnego że ciągnął do nich tłum pięknych i wyrachowanych kobiet, pozbawionych jakichkolwiek uczuć, i dostojników kościołów różnych wyznań, spodziewających się dotacji i donacji. Oczywiście nie za darmo, musieli wcześniej odstać swoje w kolejce, ładnie poprosić i zasłużyć, zanim dostali to czego chcieli, a potem mogli zrobić to samo z mniejszymi od nich.
Czasem w klubie opowiadali jak traktowali polityków i dostojników kościołów różnych wyznań, i jak kazali im służyć i aportować zanim dostali w nagrodę jakieś dobre jedzenie, albo smaczną kość a ci musieli to wszystko znosić dusząc w sobie złość i upokorzenie.
SATURN W PANNIE
Ten wieczór jednak był ostatnim beztroskim wieczorem spędzonym w klubie, zanim niejeden z nich wrócił w nocy do domu.
Patrzyli na piękne psy i konie na obrazach starych mistrzów, wiszące na ścianach. Oczywiście nie potrafili jeździć konno, chyba że któryś urodził się na wsi w chłopskiej rodzinie, ani nie znali się na dobrych psach, i nie wiedział czym jest psiarnia, chyba że jego rodzice kiedy był dzieckiem mówili: – Zimno tu u nas jak w psiarni.
Sądny dzień miał przyjść dopiero nazajutrz, choć uczniowie Hayka i Missa, oraz cała tak zwana szkoła “austrjaków” przestrzegała przed od dawna. – Korekta musi nastąpić – przestrzegał jeden z liderów wolnej szkoły ekonomi, a tyle sztucznego napompowanego niby balon pustego elektronicznego pieniądza musi doprowadzić do krachu.
Bywalcy klubu, niestety nie znali się na tym, podobnie jak i na wielu innych ważnych i potrzebnych rzeczach. Do rad nadzorczych i zarządów spółek wybierali swoich, czyli przedstawicieli własnych rodzin, żony, dzieci i kochanki, a dalej znajomych i przyjaciół. Czasem też tych którzy mieli układy i zostali poprzez kogoś poleceni. Jeśli nie byłeś przez kogoś polecony nie miałeś czego szukać w tym kraju, a jeśli po ukończeniu szkoły średniej nie wsiadłeś natychmiast w samolot tanich linii lotniczych lecących na wyspy byłeś po prostu głupcem i czekało cię ciężkie i marne życie roboczego woła. Stałe poniżanie, i czekanie z drżącym sercem na dzień wypłaty.
Ignorantami byli politycy, wybierani ze względu na posłuszeństwo i brak inicjatywy. Ignorantami byli też ekonomiści i “profesorowie” wyższych uczelni. Dziennikarze, i… wyliczać można by długo, bowiem cały kraj oparty był na kłamstwie i subtelnej pajęczynie powiązań rodzinno-koleżeńskich.
Wykonując polecenia swoich zwierzchników, byli im potrzebni, (a nawet takie bezwolne pozbawione duszy i charakteru cioteczki, bo takich nazywali przełożeni, posłuszni, bezwolni i byle jacy. A więc nie groźni).
Ale wróćmy do opowiadania. Najpierw runęły giełdy, potem zaczęły padać banki, a wkrótce ogromna inflacja sprawiła że pieniądze straciły jakąkolwiek wartość.
Jednego dnia skończyło się wszystko, a świat w którym żyli runął. Skończyły się dobre samochody i piękne kobiety. Wysokie lokaty w bankach i drogie wycieczki do dalekich krajów. O koniach i psach dawno zapomnieli. A niektórzy z nich, nawet nie wytrzymali napięcia i lęku, i popełnili samobójstwo. Pierwszy raz tak naprawdę strzelając z pistoletu. Innych jeszcze widziano z okien blokowych domów, jak chodzili z wózkami i grzebali w osiedlowych śmietnikach. Gdzie w mieszkali? Podobno na działkach w opuszczonych altankach, a zimą przenosili się do noclegowni dla bezdomnych.
Idąc samotnie z wózkiem, Roman wspominał dawne swoje życie, nie mając pewności czy to wszystko działo się naprawdę, czy było jedynie jego pięknym snem. A im więcej czasu minęło od tamtego życia, tym bardziej wątpił w jego realność. Jedynie Zygmunt, którego cudem odratowano gdy usiłował przestrzelić sobie płuca potwierdzał autentyczność dawnego życia jakie prowadzili. Kiedy przypadkiem spotkali się na ulicy mijając swoimi wózkami, jeden wypchany tekturami i gazetami należał do Zygmunta, a drugi ciężki od złomu i metali kolorowych do Romana.
-przystawali wtedy i rozmawiali o przeszłości. Zdarzało się też że jeden z nich albo jakiś ich kolega z altanek na Hucie znalazł jakiś artykuł w prasie o krachu, i zdarzało się, widniały tam zdjęcia uśmiechniętego, pewnego siebie Romana, a zaraz obok poważnego Zygmunta w ciemnych okularach.
Zygmunt nie wiedział bo i skąd, że przejeżdżające obok niego prawie codziennie czerwone “alfa romeo”, a dokładniej jego właściciel ma z nim coś wspólnego. Jego właściciel, tak się dziwnie składa, mieszkał w altanie położonej przy “Dolinie Mgieł” przed nim. A kiedyś prosił go nawet o jakieś drobne na ulicy, gdy nie miał pieniędzy na tytoń i jedzenie, oczywiście nie dostał.
Nie znali się też na dobrych gatunkach kawy, tytoniu i cygarach, lub zapachach drogich perfum, a pytanie ich o storczyki albo róże, mogło by wywołać niezdrową atmosferę, bo nasi klubowicze mogli by uznać że są podejrzewani o preferencję seksualne jakich nie posiadali. Ich kochanki też były powiedzmy takie sobie, nijakie i pretensjonalne. Ale za to nosili sporych rozmiarów przerośnięte brzuchy.
Jednak mieli dwie rzeczy, i to wystarczyło. Rzeczy jakich nie miało dziewięćdziesiąt dziewięć, przecinek dziewięć dziesiątych procent, mieszkańców naszego kraju, albo nawet i całego globu.
Mieli pieniądze, i osiągnęli sukces, a tłumy pięknych, rządnych powodzenia i sławy kobiet otaczały ich niby pierścienie Jowisza. Nie kochały ich, bo i nie miały za co, a może i nawet gardziły nimi. Oni też nie kochali tych kobiet, i w głębi duszy chyba też pogardzali nimi. Wiedzieli bowiem że nic te kobiety nie czują do nich, a pociągają je jedynie ich pieniądze i władza. Gdyby dajmy na to, jeden z nich został nędzarzem, nie zostałby wpuszczony do ich domu, koledzy też by się od niego odsunęli, nie ukrywając pogardy. Tak jakby chcieli powiedzieć: – Jesteś dla nas nikim, jesteś zwyczajnym śmieciem, facetem który nic nie ma czyli zwyczajną, pozbawioną agresji…
Jeśli ktoś ich w ogóle kochał to te bezmyślne małpy, pełne podziwu dla samców alfa i beta. Małpy kochały ich i uwielbiały za coś czego same nie miały i nie będą miały, wiedząc że całe życie spędzą w stadzie, żyjąc w ciągłym strachu i niepokoju. Dzięki małpom i ich ślepemu podziwowi dla samców alfa i beta mogła ta religia tłumu istnieć nadal, religia w której bogactwo i władza jest przedmiotem kultu, tych którzy nie potrafią tak żyć. Takim rajem dzikich, a Świat kłamstwa, iluzji i fałszu mógł kręcić się nadal.
Cóż, nie należy mieć do nich pretensji, byli niedouczonymi ludźmi bez kultury, i bez dobrego starannego wychowania oraz manier. Oprócz agresji, jaką mogli spokojnie obdzielić co najmniej paru męskich przedstawicieli swojego gatunku nie posiadali nic czym mogli by błysnąć w towarzystwie.
Ale dzięki wspomnianej przed chwilą agresji i przebojowości, mieli pieniądze, dużo pieniędzy, i układy wśród tych którzy się “liczą”. Nic dziwnego że ciągnął do nich tłum pięknych i wyrachowanych kobiet, pozbawionych jakichkolwiek uczuć, i dostojników kościołów różnych wyznań, spodziewających się dotacji i donacji. Oczywiście nie za darmo, musieli wcześniej odstać swoje w kolejce, ładnie poprosić i zasłużyć, zanim dostali to czego chcieli, a potem mogli zrobić to samo z mniejszymi od nich.
Czasem w klubie opowiadali jak traktowali polityków i dostojników kościołów różnych wyznań, i jak kazali im służyć i aportować zanim dostali w nagrodę jakieś dobre jedzenie, albo smaczną kość a ci musieli to wszystko znosić dusząc w sobie złość i upokorzenie.
SATURN W PANNIE
Ten wieczór jednak był ostatnim beztroskim wieczorem spędzonym w klubie, zanim niejeden z nich wrócił w nocy do domu.
Patrzyli na piękne psy i konie na obrazach starych mistrzów, wiszące na ścianach. Oczywiście nie potrafili jeździć konno, chyba że któryś urodził się na wsi w chłopskiej rodzinie, ani nie znali się na dobrych psach, i nie wiedział czym jest psiarnia, chyba że jego rodzice kiedy był dzieckiem mówili: – Zimno tu u nas jak w psiarni.
Sądny dzień miał przyjść dopiero nazajutrz, choć uczniowie Hayka i Missa, oraz cała tak zwana szkoła “austrjaków” przestrzegała przed od dawna. – Korekta musi nastąpić – przestrzegał jeden z liderów wolnej szkoły ekonomi, a tyle sztucznego napompowanego niby balon pustego elektronicznego pieniądza musi doprowadzić do krachu.
Bywalcy klubu, niestety nie znali się na tym, podobnie jak i na wielu innych ważnych i potrzebnych rzeczach. Do rad nadzorczych i zarządów spółek wybierali swoich, czyli przedstawicieli własnych rodzin, żony, dzieci i kochanki, a dalej znajomych i przyjaciół. Czasem też tych którzy mieli układy i zostali poprzez kogoś poleceni. Jeśli nie byłeś przez kogoś polecony nie miałeś czego szukać w tym kraju, a jeśli po ukończeniu szkoły średniej nie wsiadłeś natychmiast w samolot tanich linii lotniczych lecących na wyspy byłeś po prostu głupcem i czekało cię ciężkie i marne życie roboczego woła. Stałe poniżanie, i czekanie z drżącym sercem na dzień wypłaty.
Ignorantami byli politycy, wybierani ze względu na posłuszeństwo i brak inicjatywy. Ignorantami byli też ekonomiści i “profesorowie” wyższych uczelni. Dziennikarze, i… wyliczać można by długo, bowiem cały kraj oparty był na kłamstwie i subtelnej pajęczynie powiązań rodzinno-koleżeńskich.
Wykonując polecenia swoich zwierzchników, byli im potrzebni, (a nawet takie bezwolne pozbawione duszy i charakteru cioteczki, bo takich nazywali przełożeni, posłuszni, bezwolni i byle jacy. A więc nie groźni).
Ale wróćmy do opowiadania. Najpierw runęły giełdy, potem zaczęły padać banki, a wkrótce ogromna inflacja sprawiła że pieniądze straciły jakąkolwiek wartość.
Jednego dnia skończyło się wszystko, a świat w którym żyli runął. Skończyły się dobre samochody i piękne kobiety. Wysokie lokaty w bankach i drogie wycieczki do dalekich krajów. O koniach i psach dawno zapomnieli. A niektórzy z nich, nawet nie wytrzymali napięcia i lęku, i popełnili samobójstwo. Pierwszy raz tak naprawdę strzelając z pistoletu. Innych jeszcze widziano z okien blokowych domów, jak chodzili z wózkami i grzebali w osiedlowych śmietnikach. Gdzie w mieszkali? Podobno na działkach w opuszczonych altankach, a zimą przenosili się do noclegowni dla bezdomnych.
Idąc samotnie z wózkiem, Roman wspominał dawne swoje życie, nie mając pewności czy to wszystko działo się naprawdę, czy było jedynie jego pięknym snem. A im więcej czasu minęło od tamtego życia, tym bardziej wątpił w jego realność. Jedynie Zygmunt, którego cudem odratowano gdy usiłował przestrzelić sobie płuca potwierdzał autentyczność dawnego życia jakie prowadzili. Kiedy przypadkiem spotkali się na ulicy mijając swoimi wózkami, jeden wypchany tekturami i gazetami należał do Zygmunta, a drugi ciężki od złomu i metali kolorowych do Romana.
-przystawali wtedy i rozmawiali o przeszłości. Zdarzało się też że jeden z nich albo jakiś ich kolega z altanek na Hucie znalazł jakiś artykuł w prasie o krachu, i zdarzało się, widniały tam zdjęcia uśmiechniętego, pewnego siebie Romana, a zaraz obok poważnego Zygmunta w ciemnych okularach.
Zygmunt nie wiedział bo i skąd, że przejeżdżające obok niego prawie codziennie czerwone “alfa romeo”, a dokładniej jego właściciel ma z nim coś wspólnego. Jego właściciel, tak się dziwnie składa, mieszkał w altanie położonej przy “Dolinie Mgieł” przed nim. A kiedyś prosił go nawet o jakieś drobne na ulicy, gdy nie miał pieniędzy na tytoń i jedzenie, oczywiście nie dostał.
Subskrybuj:
Posty (Atom)