-suport "Kronik"
Tymczasem otworzyły się drzwi supermarketu, i do środka, nie mniej ni więcej wszedł Kot w Butach*.
Ukłonił się grzecznie siedzącym przy kasie sympatycznym, młodym dziewczynom, i skierował wprost do działu z owocami, które co tu dużo mówiąc uwielbiał.
-Dzień dobry pęknym damom- powiedział z niesłychaną gracją, skłaniając sie lekko jak na dobrze urodzonego kota przystało, i zamiatając swoim pięknym czerwonym kapeluszem z kruczym piórkiem brudną nieco podłogę marketu, uśmiechając się przy tym delikatnie do ładniejszej z nich. A gdy piękne młode damy coś odpowiedziały, a przynajmniej tak się mogło wydawać, a co brzmiało mniej więcej jak -hm- dodał -Czy macie może smaczliwkę?- co powiedział przyglądając się uważnie kasjerkom spod przymruzonych odrobinę powiek, choć wiedział że dziewięćdziesiąt dziewięć procent pracowników wielkich sieci handlowych nie wie o jaki owoc chodzi. Co bynajmniej wcale nie przeszkadzało mu wdać się w miłą pogawędkę z dziewczynami z marketu, a wręcz przeciwnie, bowiem rozmowy z dobrze wychowanymi ludżmi cenił sobie nade wszystko, a z ładnymi kobietami w szczególności.
Gdy tak sobie rozmawiali, śmiejąc się i żartując już całkiem długą chwilę, obok nich przeszedł gruby, niewysoki mężczyzna na oko koło czterdziestki, zasapany z czerwona tłustą nalaną twarzą, w wymiętym garniuturze i jasno niebieskiej koszuli. Na lekko niebieski kołnierzyk brzydkiej i niegustownej koszuli, lał się strumieniami pot, najpierw po twarzy, nastepnie po szyi mężczyzny, potem spływał na kołnierzyk i wsiąkał powoli w sztuczną tkaniną z której był wykonany. Z wyglądu przypominał prezesa firmy sprzątającej w... albo nawet kierownika działu supermarketu lub co gorsza gościa z ochrony sklepu, co nie musiało być dla Kota w Butach miłym widokiem, a i nie było.
Instynktownie i prawie natychmiast zapaliło mu się czerwone światełko w głowie, całe ciało wypręzyło sie nagle, i pomyślał "mam cie bratku! ty smyku cholerny jeden, to ty dręczyłeś mojego przyjaciela Gandziaka, gdy ten pracował w supermarkecie razem z tymi łobuzami z ochrony! Upoluję jak psa bydlaka, a następnie ustrzelę kolejnego łobuza", i zamruczał "mam cie nie uciekniesz mi".. A pógłosem powiedział: -choć rybko do przynęty, prosto na haczyk, do tatusia- czego dziewczyny z kas chyba nie usłyszały chichocąc jeszcze z dowcipu Kota jakim je uraczył przed chwilą,
i powolnym, pewnym ruchem, wyciągnął z kieszeni ukradzione wczesniej Gandziakowi pudełko ze "swoją" ulubioną tabaką marki "Biały Słoń", rzecz wyjątkowo cenną dla obu, żeby nie powiedzieć przedmiot kultu, uzywany jedynie w wyjątkowych okolicznościach, jak dla przykładu papierosy marki "Players", albo nawet jeszcze rzadziej.
Następnie wciągnął ją po kolei do obu dziurek nosa i głośno kichnął, zasłaniając nos rękawem.
Natomiast cakiem głośno powiedział, powiedział to zupełnie głośno, nic a nic nie robiąc sobie z miejsca w którym się znajdował, oczywiście gdy tylko przestało kręcić mu sie w nosie od zażytej tabaki
- mam cię łobuzie, nie uciekniesz mi- I od tej pory nasz uroczy Kot w Butach rozpoczal polowanie na prezesa firmy sprzątającej . Idac z rękami zawiadacko wspartymi na biodrach, z zuchwałym wyrazem twarzy, i kiwajc sie na boki, w wielkim czerwonym kapeluszu z piórkiem, trochę przykrywającym oczy, i z zatknietym za pasem bandyckim nozem, wyglądał naprawdę grożnie. Prezes dostrzegl zagrożenie i z przerażonym wyrazem twarzy, na sztywnych niby drewnianych ze strachu nogach tak jak na szczudłach, zacząl coraz szybciej kierować się w strone wyjscia a paniczyny strach pojawił sie na jego twarzy. Tymczasem koszula prezesa, od ilości potu jaki musiała wchłonąć, zmieniła kolor na granatowy...
Nasz kot tymczasem, rozpoczął polowanie na grubego zwierza, jak w myślach nazwał swoją ofiarę.
Ale zanim wyszedł pozamieniał wszystkie ceny i metki w markecie, zamienił kilka loginów oraz haseł dziewczynom z kasy
i wprowadził, a jak to on mówił "podsypał" troche wirusków do komputerów sieci, bardziej na złośc sklepowej korporacji, niz dziewczynom do których przecież nic a nic nie miał, a nawet umówił się z nimi wieczorem na kawkę.
Już przy drzwiach wyjsciowych schwycił za koszulę grubega prezesa, gdy ten zdyszany zamiast uciekać usiłował złapać taksówkę i stał na chodniku jak pajac Podbiegł i schwycił oburącz umierającego ze strachu prezesa, zaczął nim szarpać i potrząsać, a nastepnie uderzył kilka razy o scianę, sycząć przy tym i mrucząc - Potem jednak, zupełnie nieoczekiwanie. pozwolił mu sie wymknąc i ....uciec. Polowanie bowiem musi smakowac, mało tego należy się nim delektować pomyslał, -zupełnie tak jak butelką dobrego wina albo whisky. Biedny prezes nie wiedział że to dopiero początek zabawy Kota, i jego udręk.
On tymczasem zapalił papierosa delektując się nim, robiąc z tego prawdziwy rytuał, a następnie, kiedy tylko skończył palić, wciągnął do nosa tabakę Biały Słoń.
Gdy prezes był już daleko zadzwonił do Psa Który Mówi i powiedział: -polowanie, zarządzam przybywaj kolego natychmiast, przekaż dalej- I za chwile przybyli, jadąc taksówką Zywon, oraz Kłamek, a za nimi przybiegł zdyszany Pies Który Mówi.
Prezes umierając ze strachu jechał tramwajem w stronę Salwatora, a Kot który w międzyczasie wskoczył do jadącej taksówki razem z Psem Który Mówi, i dalej pojechali już w czwórke za nim.Prezes tymczasem aby zmylić pogoń przesiadł się do autobusu jadącego w stronę Tyńca. Pościg trwał ulicą, jak tylko przejechali rynek dębnicki, potem Skałki, niedaleko jaskini twardowskiego, by na końcu skręcić w podgórki tynieckie. Prezes biegł przreażony głośno łapiąc przez usta powietrze, przewracając się i potykając co chwilę. Muszę wam powiedzieć że wyglądał strasznie, był juz cały ubrudzony, i pokrawawiony, a koszulę i spodnie miał wymazane błotem.Ta straszni że swoim widokiem przestraszył nawet dwie staruszki wracające do domu z tynieckiego kościoła po nabożeństwie Zaledwie kilka kroków za nim biegł Kot w Butach, ale robił to tak aby go nie dogonić, przynajmniej nie na razie, ponieważ dręczenie ofiary sprawiało mu wiekszą przyjemnośc niż złapanie jej. Planował aby dorwać prezesa w okolicach ciepłowni w Skawinie gdy ten nie będzie miał już siły biec, i tam mu pokazać co nieco, tak żeby ten wiedział z kim ma do czynienia. I ak też się stało, Prezes biegnąc skręcił w lewo w stronę pętli autobusowej, i potem już w dół prosto w stronę Skawiny, gdzie chciał wskoczyć w jakiś bus jadacy do Krakowa, albo pociąg. Tak też się stało. Jak przypuszczał Kot W Butach dorwali Prezesa w okolicy elektrociepłowni w Skawinie, kedy ten nie mając siły biec podddał się i zrezygnowany upadł na ziemię. Cała czwórka natychmiast otoczyła go i zaczeła kopać i okładać pięściami, dały się też wśród bitewnej wrzawy słyszeć okrzyki: -a masz, to za Gandziaka-
-dalej będziesz tak rozrabiał cwaniaczku- Przestali go kopać dopiero wtedy gdy prezes całkiem zamilkł, a z jego ust nie wydobywały się już jęki i błagania o litość.
Gandziak obudził się z koszmarnego snu cały zlany potem, i natychmiast zaczął szukać wzrokiem swojego kota Kot spał grzecznie pod stołem, mrucząc przy tym, i rusząjąc łapami tak jakby polował na myszę. Był nienaturalnie wybrudzony, i dziwnie uśmiechał się przez sen.
....i miał taki niewinny wyraz twarzy. Jedno co zdziwiło Gandziaka to zapach damskiej wody toaletowej, a właściwie cały ich bukiet. -Feminizuje się nasz kocisko- powiedział półgłosem zdziwiony Gandziak, po czym prawie natychmiast zasnął.
Kto by też przypuszczał że dziewczyny z supermaketu używają takich dobrych wód toaletowych.
--------------------
* słuchając na empetrójce swojego, jak to on nazywał ulubionego kawałka Henrego Purcella, Pieśni na trąbkę. Mp3 pożyczył sobie na chwilę, od Gandziaka
political-fiction, cypher,cypherpunk, post cyber, cyber sci fi sf литературы, искусства истории literatura, výtvarné umění příběhy літаратуры, мастацтва гісторыі technohumanismo књижевност, уметност приче राजनैतिक साइबर साहित्य 网络文学的政治 политической научной фантастики кибер politické počítačové sci-fi политичких сајбер научне фантастике trans sophia techno-humanizm antropokosmizm
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w Pannie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w Pannie. Pokaż wszystkie posty
środa, 28 lipca 2010
Kot w butach
Autor:
Cyberius-Zee Jop
o
11:36
0
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
butach,
Cyberius,
Kot,
literatura,
opowiadanie,
sf,
w Pannie
Upadające banki i Dolina Mgieł
Siedzieli zadowoleni w klubie, pijąc dobre wino i spoglądając co jakiś czas na siebie. Może nie wszyscy, ale bądźmy szczerzy, chyba większość, a na pewno prawie nikt z nich, nie znał się na dobrych gatunkach wina, nie potrafił też odróżnić obrazów Malczewskiego od Wyspiańskiego albo Picassa, a i nie widzieli różnic między muzyką Bethovena, Szopena, a Moniuszki.
Nie znali się też na dobrych gatunkach kawy, tytoniu i cygarach, lub zapachach drogich perfum, a pytanie ich o storczyki albo róże, mogło by wywołać niezdrową atmosferę, bo nasi klubowicze mogli by uznać że są podejrzewani o preferencję seksualne jakich nie posiadali. Ich kochanki też były powiedzmy takie sobie, nijakie i pretensjonalne. Ale za to nosili sporych rozmiarów przerośnięte brzuchy.
Jednak mieli dwie rzeczy, i to wystarczyło. Rzeczy jakich nie miało dziewięćdziesiąt dziewięć, przecinek dziewięć dziesiątych procent, mieszkańców naszego kraju, albo nawet i całego globu.
Mieli pieniądze, i osiągnęli sukces, a tłumy pięknych, rządnych powodzenia i sławy kobiet otaczały ich niby pierścienie Jowisza. Nie kochały ich, bo i nie miały za co, a może i nawet gardziły nimi. Oni też nie kochali tych kobiet, i w głębi duszy chyba też pogardzali nimi. Wiedzieli bowiem że nic te kobiety nie czują do nich, a pociągają je jedynie ich pieniądze i władza. Gdyby dajmy na to, jeden z nich został nędzarzem, nie zostałby wpuszczony do ich domu, koledzy też by się od niego odsunęli, nie ukrywając pogardy. Tak jakby chcieli powiedzieć: – Jesteś dla nas nikim, jesteś zwyczajnym śmieciem, facetem który nic nie ma czyli zwyczajną, pozbawioną agresji…
Jeśli ktoś ich w ogóle kochał to te bezmyślne małpy, pełne podziwu dla samców alfa i beta. Małpy kochały ich i uwielbiały za coś czego same nie miały i nie będą miały, wiedząc że całe życie spędzą w stadzie, żyjąc w ciągłym strachu i niepokoju. Dzięki małpom i ich ślepemu podziwowi dla samców alfa i beta mogła ta religia tłumu istnieć nadal, religia w której bogactwo i władza jest przedmiotem kultu, tych którzy nie potrafią tak żyć. Takim rajem dzikich, a Świat kłamstwa, iluzji i fałszu mógł kręcić się nadal.
Cóż, nie należy mieć do nich pretensji, byli niedouczonymi ludźmi bez kultury, i bez dobrego starannego wychowania oraz manier. Oprócz agresji, jaką mogli spokojnie obdzielić co najmniej paru męskich przedstawicieli swojego gatunku nie posiadali nic czym mogli by błysnąć w towarzystwie.
Ale dzięki wspomnianej przed chwilą agresji i przebojowości, mieli pieniądze, dużo pieniędzy, i układy wśród tych którzy się “liczą”. Nic dziwnego że ciągnął do nich tłum pięknych i wyrachowanych kobiet, pozbawionych jakichkolwiek uczuć, i dostojników kościołów różnych wyznań, spodziewających się dotacji i donacji. Oczywiście nie za darmo, musieli wcześniej odstać swoje w kolejce, ładnie poprosić i zasłużyć, zanim dostali to czego chcieli, a potem mogli zrobić to samo z mniejszymi od nich.
Czasem w klubie opowiadali jak traktowali polityków i dostojników kościołów różnych wyznań, i jak kazali im służyć i aportować zanim dostali w nagrodę jakieś dobre jedzenie, albo smaczną kość a ci musieli to wszystko znosić dusząc w sobie złość i upokorzenie.
SATURN W PANNIE
Ten wieczór jednak był ostatnim beztroskim wieczorem spędzonym w klubie, zanim niejeden z nich wrócił w nocy do domu.
Patrzyli na piękne psy i konie na obrazach starych mistrzów, wiszące na ścianach. Oczywiście nie potrafili jeździć konno, chyba że któryś urodził się na wsi w chłopskiej rodzinie, ani nie znali się na dobrych psach, i nie wiedział czym jest psiarnia, chyba że jego rodzice kiedy był dzieckiem mówili: – Zimno tu u nas jak w psiarni.
Sądny dzień miał przyjść dopiero nazajutrz, choć uczniowie Hayka i Missa, oraz cała tak zwana szkoła “austrjaków” przestrzegała przed od dawna. – Korekta musi nastąpić – przestrzegał jeden z liderów wolnej szkoły ekonomi, a tyle sztucznego napompowanego niby balon pustego elektronicznego pieniądza musi doprowadzić do krachu.
Bywalcy klubu, niestety nie znali się na tym, podobnie jak i na wielu innych ważnych i potrzebnych rzeczach. Do rad nadzorczych i zarządów spółek wybierali swoich, czyli przedstawicieli własnych rodzin, żony, dzieci i kochanki, a dalej znajomych i przyjaciół. Czasem też tych którzy mieli układy i zostali poprzez kogoś poleceni. Jeśli nie byłeś przez kogoś polecony nie miałeś czego szukać w tym kraju, a jeśli po ukończeniu szkoły średniej nie wsiadłeś natychmiast w samolot tanich linii lotniczych lecących na wyspy byłeś po prostu głupcem i czekało cię ciężkie i marne życie roboczego woła. Stałe poniżanie, i czekanie z drżącym sercem na dzień wypłaty.
Ignorantami byli politycy, wybierani ze względu na posłuszeństwo i brak inicjatywy. Ignorantami byli też ekonomiści i “profesorowie” wyższych uczelni. Dziennikarze, i… wyliczać można by długo, bowiem cały kraj oparty był na kłamstwie i subtelnej pajęczynie powiązań rodzinno-koleżeńskich.
Wykonując polecenia swoich zwierzchników, byli im potrzebni, (a nawet takie bezwolne pozbawione duszy i charakteru cioteczki, bo takich nazywali przełożeni, posłuszni, bezwolni i byle jacy. A więc nie groźni).
Ale wróćmy do opowiadania. Najpierw runęły giełdy, potem zaczęły padać banki, a wkrótce ogromna inflacja sprawiła że pieniądze straciły jakąkolwiek wartość.
Jednego dnia skończyło się wszystko, a świat w którym żyli runął. Skończyły się dobre samochody i piękne kobiety. Wysokie lokaty w bankach i drogie wycieczki do dalekich krajów. O koniach i psach dawno zapomnieli. A niektórzy z nich, nawet nie wytrzymali napięcia i lęku, i popełnili samobójstwo. Pierwszy raz tak naprawdę strzelając z pistoletu. Innych jeszcze widziano z okien blokowych domów, jak chodzili z wózkami i grzebali w osiedlowych śmietnikach. Gdzie w mieszkali? Podobno na działkach w opuszczonych altankach, a zimą przenosili się do noclegowni dla bezdomnych.
Idąc samotnie z wózkiem, Roman wspominał dawne swoje życie, nie mając pewności czy to wszystko działo się naprawdę, czy było jedynie jego pięknym snem. A im więcej czasu minęło od tamtego życia, tym bardziej wątpił w jego realność. Jedynie Zygmunt, którego cudem odratowano gdy usiłował przestrzelić sobie płuca potwierdzał autentyczność dawnego życia jakie prowadzili. Kiedy przypadkiem spotkali się na ulicy mijając swoimi wózkami, jeden wypchany tekturami i gazetami należał do Zygmunta, a drugi ciężki od złomu i metali kolorowych do Romana.
-przystawali wtedy i rozmawiali o przeszłości. Zdarzało się też że jeden z nich albo jakiś ich kolega z altanek na Hucie znalazł jakiś artykuł w prasie o krachu, i zdarzało się, widniały tam zdjęcia uśmiechniętego, pewnego siebie Romana, a zaraz obok poważnego Zygmunta w ciemnych okularach.
Zygmunt nie wiedział bo i skąd, że przejeżdżające obok niego prawie codziennie czerwone “alfa romeo”, a dokładniej jego właściciel ma z nim coś wspólnego. Jego właściciel, tak się dziwnie składa, mieszkał w altanie położonej przy “Dolinie Mgieł” przed nim. A kiedyś prosił go nawet o jakieś drobne na ulicy, gdy nie miał pieniędzy na tytoń i jedzenie, oczywiście nie dostał.
Nie znali się też na dobrych gatunkach kawy, tytoniu i cygarach, lub zapachach drogich perfum, a pytanie ich o storczyki albo róże, mogło by wywołać niezdrową atmosferę, bo nasi klubowicze mogli by uznać że są podejrzewani o preferencję seksualne jakich nie posiadali. Ich kochanki też były powiedzmy takie sobie, nijakie i pretensjonalne. Ale za to nosili sporych rozmiarów przerośnięte brzuchy.
Jednak mieli dwie rzeczy, i to wystarczyło. Rzeczy jakich nie miało dziewięćdziesiąt dziewięć, przecinek dziewięć dziesiątych procent, mieszkańców naszego kraju, albo nawet i całego globu.
Mieli pieniądze, i osiągnęli sukces, a tłumy pięknych, rządnych powodzenia i sławy kobiet otaczały ich niby pierścienie Jowisza. Nie kochały ich, bo i nie miały za co, a może i nawet gardziły nimi. Oni też nie kochali tych kobiet, i w głębi duszy chyba też pogardzali nimi. Wiedzieli bowiem że nic te kobiety nie czują do nich, a pociągają je jedynie ich pieniądze i władza. Gdyby dajmy na to, jeden z nich został nędzarzem, nie zostałby wpuszczony do ich domu, koledzy też by się od niego odsunęli, nie ukrywając pogardy. Tak jakby chcieli powiedzieć: – Jesteś dla nas nikim, jesteś zwyczajnym śmieciem, facetem który nic nie ma czyli zwyczajną, pozbawioną agresji…
Jeśli ktoś ich w ogóle kochał to te bezmyślne małpy, pełne podziwu dla samców alfa i beta. Małpy kochały ich i uwielbiały za coś czego same nie miały i nie będą miały, wiedząc że całe życie spędzą w stadzie, żyjąc w ciągłym strachu i niepokoju. Dzięki małpom i ich ślepemu podziwowi dla samców alfa i beta mogła ta religia tłumu istnieć nadal, religia w której bogactwo i władza jest przedmiotem kultu, tych którzy nie potrafią tak żyć. Takim rajem dzikich, a Świat kłamstwa, iluzji i fałszu mógł kręcić się nadal.
Cóż, nie należy mieć do nich pretensji, byli niedouczonymi ludźmi bez kultury, i bez dobrego starannego wychowania oraz manier. Oprócz agresji, jaką mogli spokojnie obdzielić co najmniej paru męskich przedstawicieli swojego gatunku nie posiadali nic czym mogli by błysnąć w towarzystwie.
Ale dzięki wspomnianej przed chwilą agresji i przebojowości, mieli pieniądze, dużo pieniędzy, i układy wśród tych którzy się “liczą”. Nic dziwnego że ciągnął do nich tłum pięknych i wyrachowanych kobiet, pozbawionych jakichkolwiek uczuć, i dostojników kościołów różnych wyznań, spodziewających się dotacji i donacji. Oczywiście nie za darmo, musieli wcześniej odstać swoje w kolejce, ładnie poprosić i zasłużyć, zanim dostali to czego chcieli, a potem mogli zrobić to samo z mniejszymi od nich.
Czasem w klubie opowiadali jak traktowali polityków i dostojników kościołów różnych wyznań, i jak kazali im służyć i aportować zanim dostali w nagrodę jakieś dobre jedzenie, albo smaczną kość a ci musieli to wszystko znosić dusząc w sobie złość i upokorzenie.
SATURN W PANNIE
Ten wieczór jednak był ostatnim beztroskim wieczorem spędzonym w klubie, zanim niejeden z nich wrócił w nocy do domu.
Patrzyli na piękne psy i konie na obrazach starych mistrzów, wiszące na ścianach. Oczywiście nie potrafili jeździć konno, chyba że któryś urodził się na wsi w chłopskiej rodzinie, ani nie znali się na dobrych psach, i nie wiedział czym jest psiarnia, chyba że jego rodzice kiedy był dzieckiem mówili: – Zimno tu u nas jak w psiarni.
Sądny dzień miał przyjść dopiero nazajutrz, choć uczniowie Hayka i Missa, oraz cała tak zwana szkoła “austrjaków” przestrzegała przed od dawna. – Korekta musi nastąpić – przestrzegał jeden z liderów wolnej szkoły ekonomi, a tyle sztucznego napompowanego niby balon pustego elektronicznego pieniądza musi doprowadzić do krachu.
Bywalcy klubu, niestety nie znali się na tym, podobnie jak i na wielu innych ważnych i potrzebnych rzeczach. Do rad nadzorczych i zarządów spółek wybierali swoich, czyli przedstawicieli własnych rodzin, żony, dzieci i kochanki, a dalej znajomych i przyjaciół. Czasem też tych którzy mieli układy i zostali poprzez kogoś poleceni. Jeśli nie byłeś przez kogoś polecony nie miałeś czego szukać w tym kraju, a jeśli po ukończeniu szkoły średniej nie wsiadłeś natychmiast w samolot tanich linii lotniczych lecących na wyspy byłeś po prostu głupcem i czekało cię ciężkie i marne życie roboczego woła. Stałe poniżanie, i czekanie z drżącym sercem na dzień wypłaty.
Ignorantami byli politycy, wybierani ze względu na posłuszeństwo i brak inicjatywy. Ignorantami byli też ekonomiści i “profesorowie” wyższych uczelni. Dziennikarze, i… wyliczać można by długo, bowiem cały kraj oparty był na kłamstwie i subtelnej pajęczynie powiązań rodzinno-koleżeńskich.
Wykonując polecenia swoich zwierzchników, byli im potrzebni, (a nawet takie bezwolne pozbawione duszy i charakteru cioteczki, bo takich nazywali przełożeni, posłuszni, bezwolni i byle jacy. A więc nie groźni).
Ale wróćmy do opowiadania. Najpierw runęły giełdy, potem zaczęły padać banki, a wkrótce ogromna inflacja sprawiła że pieniądze straciły jakąkolwiek wartość.
Jednego dnia skończyło się wszystko, a świat w którym żyli runął. Skończyły się dobre samochody i piękne kobiety. Wysokie lokaty w bankach i drogie wycieczki do dalekich krajów. O koniach i psach dawno zapomnieli. A niektórzy z nich, nawet nie wytrzymali napięcia i lęku, i popełnili samobójstwo. Pierwszy raz tak naprawdę strzelając z pistoletu. Innych jeszcze widziano z okien blokowych domów, jak chodzili z wózkami i grzebali w osiedlowych śmietnikach. Gdzie w mieszkali? Podobno na działkach w opuszczonych altankach, a zimą przenosili się do noclegowni dla bezdomnych.
Idąc samotnie z wózkiem, Roman wspominał dawne swoje życie, nie mając pewności czy to wszystko działo się naprawdę, czy było jedynie jego pięknym snem. A im więcej czasu minęło od tamtego życia, tym bardziej wątpił w jego realność. Jedynie Zygmunt, którego cudem odratowano gdy usiłował przestrzelić sobie płuca potwierdzał autentyczność dawnego życia jakie prowadzili. Kiedy przypadkiem spotkali się na ulicy mijając swoimi wózkami, jeden wypchany tekturami i gazetami należał do Zygmunta, a drugi ciężki od złomu i metali kolorowych do Romana.
-przystawali wtedy i rozmawiali o przeszłości. Zdarzało się też że jeden z nich albo jakiś ich kolega z altanek na Hucie znalazł jakiś artykuł w prasie o krachu, i zdarzało się, widniały tam zdjęcia uśmiechniętego, pewnego siebie Romana, a zaraz obok poważnego Zygmunta w ciemnych okularach.
Zygmunt nie wiedział bo i skąd, że przejeżdżające obok niego prawie codziennie czerwone “alfa romeo”, a dokładniej jego właściciel ma z nim coś wspólnego. Jego właściciel, tak się dziwnie składa, mieszkał w altanie położonej przy “Dolinie Mgieł” przed nim. A kiedyś prosił go nawet o jakieś drobne na ulicy, gdy nie miał pieniędzy na tytoń i jedzenie, oczywiście nie dostał.
Subskrybuj:
Posty (Atom)