Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 sierpnia 2010

na pomoc Cyfronii

opowiadanie



To było w ponurych czasach kiedy na planecie wprowadzono tak zwaną własność intelektualną. Wkrótce opatentowano alfabet oraz cyfry. Za każde użytkowanie alfabetu kazano sobie płacić i to słono. Czytających i piszących ubywało więc z każdym dniem. Najpierw upadły dzienniki. Wszystkie tytuły prasowe poleciały na łeb na szyję. Poleciały na złamanie karku. Poleciały też wszystkie banki. Potem upadły, tak gorliwie zachwalające prawa patentowe i tak zwaną własność intelektualną stacje telewizyjne i rozgłośnie radiowe. Jednak nie dało to nic do myślenia grupie biznesowej stojącej za projektem. Oni szli za ciosem, i chcieli iść jeszcze dalej. Ogłosili patent na słowa wymiawane przez ludzi. Od tego dnia publiczne rozmowy stały się niestety niemożliwe. Ci bardziej rozgarnięci porozumiewali się pomiędzy sobą za pomocą znaków.
Na innej z planet zgłosili patent na geny i taki patent, co szokujące otrzymali. Stali się więc dysponentami całego materiału genetycznego na planecie i nie tylko że mogli dowolnie modyfikować go, to jeszcze wydawali koncesje na prawo do uprawy roślin. Oczywiście oni decydowali jaki typ nasion otrzymasz. I czego się bardzo obawiali mieszkańcy planety, naturalne stało się nielegalne. Jako rzekomo szkodliwe dla zdrowia, bo nieprzebadane i będące nosicielami bakterii.




Hobo postanowił tam polecieć, na wezwanie przerażonych mieszkańców -jego znajomych z którymi korespondował na jednym z galaktycznych for poświęconych nauce i wynalazkom. Pewnego dnia kontakt z planetą urwał się całkiem . Razem z nim na uratowanie ginącej planety polecieć chciał też Hooded i jak się o tym od niego dowiedziała także i Ilija. - Beze mnie nie polecisz - powiedziała urażona, kiedy rozmawiali o tym pewnego dnia, w swojej nowej, niedawno wyremontowanej kuchni - nie ma mowy, wybij to sobie Hooded z głowy - Nie było rady i Hooded musiał się zgodzić. Chociaż obawiał się o nią, bo misja wydawała mu się niebezpieczna. Zabrali także ze sobą swoją trzyletnią córeczkę i starszego o cztery lata syna. Oboje urodzili się już na satelitach. Byli dziećmi satelit. Hobo zabrał swoje dwa śnieżnonobiałe błekitnookie psy i kota. Dołaczyło też do nich jeszcze kilka osób, a dokładniej jakieś parę setek. W tym między innymi dwie byłe mieszkanki komunistycznego matriarchatu nawrócone na wolnościowy transhumanizm. Jedna z pięknymi pomarańczowymi oczami, złotymi włosami i hipnotyzującym niebieskim odcieniem skóry która tak bardzo podobała się Hobo, a do czego on nie chciał sie przyznać [chyba się nawet w niej chłopak zabujał]. I nawet paru byłych patrialchanych komunistów. Zapomniałem napisać lecz w końcowej fazie rozwoju patriarchalnego komunistyczne władze tak bardzo brzydziły się kobietami, i wszystkim co kojarzy sie z żeńskością że wymawianie słów posiadających żeńskie końcówki stało sie tam zakazane. Patrzenie na księżyc stało sie także zakazane, a w związku z tym wychodzenie z domu nocą, dokładniej opuszczanie miejsca zakwaterowania. I nie zasłanianie okien, co było karane mandatami. Dlaczego? Ponieważ w jakiejś książce przeczytali że na Ziemi księżyc kojarzy się z elementem żeńskim. Najbardziej zaś wstydzili sie wypowiadać słowo "laptop" i z tego też względu laptopy nie były u nich używane, a w faktoryjnych sklepach nie można było niestety kupić laptopów. Tu muszę wyjaśnić. Jak to w komunizmie bywa w pewnym momencie "rozwoju dziejowego" zaczynają się pojawiać przeróżne furtki umilające i ułatwiające życie dostojnikom i funkcjonariuszom systemu, więc niektórzy z dygnitarzy posiadali laptopy i używali je ale zwykle w domach. Natomiast uwielbiali mnichów z wyspy Athos. Do tego stopnia że swoją stolicę na kilka lat przed inwazją matriarchanek nazwali Athos na cześc greckich ascetów. Nie pomogło im to bo zostali haniebnie pokonani. Jako największą karę matriarchanki wyznaczyły im stałą obecność wyobrażeń kobiecych na placach miast i ulicach, następnie przyjęcie przez nich żeńskich imion, i przymus używania podczas rozmów słów wyłącznie z żeńskimi końcówkami. Oprócz tego musieli jeszcze pracować w kopalniach srebra, a srebro przecież jest związane z żeńską energią, tak jak złoto z męską. Pracowali w tych podziemnych kolpniach srebra dopóki nie wyrzekli się swoich komunisycznych poglądów. Matriarchanki były niestety bardzo wojownicze i kiedy po Wielkiej Debacie -do udziału w której zmuszono także Hobo- przeszły na wolnościowy transhumanizm, stały sie jednym z ochotniczych trzonów satelitarnej armii, nie tylko te które po przegranej wojnie przebywały w niewoli lecz także i pozostałe na planecie. Przy okazji: sprawa z "genami komunizmu" okazała sie jednak bujana Dobrze więc wzięli ze sobą spory zapas żywności satelitaranej [opartej na kuchni molekularnej] i cały arsenał pożadnej broni. Od starych dobrych sztyletów, szabel i mieczy, po broń laserową i paralizatory magnetyczne.


Społeczeństwo sklonowane.
Dziwna to była planeta. Po odkryciu kodu genetycznego rozwój ludzi w państwach komunistycznych i generalnie totalitarnych z jednej strony, a z drugiej kapitalistycznych, w miarę wolnorynkowych, jednak dążących do dyktaury zaczął przebiegać dość odmiennie. Jeszcze inaczej w krajach trzeciego, czwartego i piątego świata. Jednak tym co się działo w slamsach rozpadających się miast "cyfronii" nikt się specjalnie nie interesował. W państwach bogatych cieszących sie wolnym rynkiem i reklamą kobiety zamawiały sobie w firmach medycznych dziecko. To znaczy wybierały kolor oczu, włosów, i figurę. Pełno więc było na ulicach miast matek spacerujących ze swoimi małymi lalkami Barbi i chlopcami Kenami. Mogłeś zobaczyć całe ulice zapełnione Kenami i lalkami Barbi. Sztuczne i śmieszne powiecie. Zgoda, jednak taki rodzaj działania zakładał wolną wolę i wolny wybór matek a czasami i ojców. Choć katalogi jakich pełno było we wszystkich sklepach i mieszkaniach, no i reklamy powiedzmy sobie szczerze miały spory wpływ na rodziców ale zawsze wolna wola -chociaż może subiektywna- rodziców decydowała o zakupie dziecka. Owszem zdarzały sie idotyzmy. Szedłeś ulicą i widziałeś same znajome twarze. Najbardziej przystojnych facetów i najładniejsze kobiety. Mdliło cię nie raz wtedy i to mocno. Tak mocno że niektórzy marzyli o surowych twarzach robociarzy z komunistycznych despotii. Jednak tam żyć nie chcieli. W komunistycznych despotiach to państwo i jego funkcjonariusze decydowali o "społecznych potrzebach", ile dzieci potrzebuje do produkcji partia, i kto je może posiadać. Znaczy jakie dziecko mają wychować i z jakim przeznaczeniem społecznym. najwięcej jednak potrzebowali robotów i strażników. Zawody i funkcje społeczne w komunistycznych despotiach były bowiem zawyczaj dziedziczone. No to jak na przykład oglądałeś w telewizji film którego akcja toczyła się w despocji to prawie wszyscy byli tacy sami. Zmęczeni, lekko ociężali umysłowo, powolni w ruchach, i o kanciastych, lub okrągłych sylwetkach. Czasami despotia której groził całkowity krach gospodarczy transformowała się, czyli przebierała, i wtedy przynajmniej dla złapania oddechu pozwalali ludziom na trochę więcej. Dopóki nie przejęli trochę nowych technoogi i nie zmodernizowali gospodarki. Ludzie tam mieli wtedy odrobinę więcej do powiedzenia w sposobie wybierania przyszłości dzieci. I nawet nie musieli posiadać kartek na dzieci wydawanych przez urzędników państwowych. Oczywiście jeśli tych dzieci nie bylo więcej niż dwójka.
Tak było do czasu kiedy nie zwyciężyła tak zwana własność intelektualna i właściciele patentu nie zyskali monopolu w prawach do kreowania ludzi i dawania koncesji/pozwlenia na rodzenie/produkowanie dzieci. Nie ważne w sposób naturany co się jeszcze czasami zdażało lub w sposób nowoczesny.

wojny transhumanistów




-opowiadanie

Pewnego dnia Wielkie Psy i Tłuste Koty po raz kolejny dogadały się ze sobą. Zawsze tak robią kiedy czują że potrzebują wspólnie działać. Pływające jak zwykle pod wodą, i nie lubiące niepotrzebnego rozgłosu Grube Ryby, nie miały nie miały nic przeciw temu. Mało tego, uważały że mogą na tym zarobić jeszcze trochę więcej. Powiem krótko. Zbudowali metro z Krakowa do Katowic, a następnie zrobili drugą nitkę biegnąca z Krakowa aż do centrum Warszawy. Potem nitki podziemnej kolejki miejskiej poszły jeszcze dalej. Podziemna kolej dochodziła aż do Zakopanego na południu, a Trójmiasta i Sopotu na północy. I Szczecina na północnym wschodzie Mogłeś więc podjechać metrem nie wysiadając po drodze ani razu, na przykład na małą wycieczkę w góry lub nad morze, by leżąc wygodnie na plaży powdychać trochę morskiego powietrza, delektując się przychodzącymi od morza zapachami, no i oczywiście jodu. Mogłeś też wyskoczyć potem, kiedy leżnie na piaszczystej plaży znudziło wam się, na zakupy razem z żoną i dziećmi, do wielkich magazynów handlowych urządzonych w ogromnych halach dawnych kopalń. Do tych ogromnych centrów przyjeżdżali na zakupy całymi rodzinami ludzie z Europy a nawet z Azji.Tam kretowisko miast było największe, a przekopane podziemne tunele dochodziły z Katowic aż do Frydka, Opawy i Ostrawy. Złośliwi śmieli się że robotnicy nie wiedzieli kiedy skończyć. Naprawdę było jednak inaczej. Podczas wielkiej wojny sprzęt po wszystkich stronach konfliktu został prawie całkiem zniszczony. Zostały jedynie rakiety i samoloty. Walka toczyła się więc w powietrzu. Wcześniej ogromne spustoszenie czyniły spadające na Ziemię kosmiczne śmieci. Przelatujące przez układ słoneczny komety zostawiały sporo tego dziadostwa za sobą, a trochę tych resztek upadało niestety i na ziemię. Do tego doszedł jeszcze przelot tej dziwnej planety. Katastrofa za katastrofą. I ogromne skażenie atomowe po trzeciej światowej wojnie. Całe miasta schodziły wtedy pod ziemię. Tragedia wcale niestety nie obudziła ludzi. Zamiast zastanawiać się jak zaradzić problemom i pomóc uciekinierom, oni wywoływali konflikt zbrojny za konfliktem. Zupełnie tak jak gdyby instynkt samozagłady gatunku chciał dopełnić reszty i skończyć to czego nie zrobiły katastrofy. Najpierw wybuchały wulkany na północy i południu kontynentu. W Islandi i we Włoszech. Samoloty na długo przestały latać, odpoczywając sobie wygodnie w hangarach. Jednak kiedy pył w końcu opadł, a resztki fruwającej w powietrzu lawy nie niszczyły już silników i ich turbin, maszyny mogły wznieść się znów w powietrze. I zaczęły ostrożnie się wznosić. Najpierw powoli, niby pierwsze ptaki wypuszczone z Arki Noego. Żeby rozeznać teren. Rozpoznać go.

Wtedy też powstał ten dziwny kult wulkanów, wymyślony przez naukowców. O ludzie mówię wam! Czego to można nie wymyśleć! I następnie wmówić to innym. Oni wymyślili że Matka Natura gniewa się na ludzi, a objawia to poprzez wybuchy wulkanów. Zagniewany wulkan wysyła do atmosfery popiół i w ten sposób karze nas za technologiczne ekscesy. Szkoda że ci głupcy przesypiali lekcje historii w szkołach, i nie mają pojęcia jak środowisko niszczyły stare średniowieczne miasta. Jaki smród wydobywał się z nich. W każdym razie powstała ta zwariowana Sekta Wyznawców Wulkanów. W niektórych regionach zachodniej Europy zwanej europostanem lub europostanią, wyznawcy dziwacznego kultu osiągnęli nawet większość. I tam gdzie przeważali, wszelka aktywność technologiczna i przemysłowa aby udobruchać matkę ziemię i wulkany ustała praktycznie do zera. Żyjący tam ludzie cofneli się praktyczne o parę stuleci w rozwoju. Ale wracając do wojny. Kiedy więc prawie cały sprzęt został zniszczony a pozostały jedynie samoloty wojna toczyła sie głównie w powietrzu. I tak to nie miało większego znaczenia bo życie od czasów tych kosmicznych deszczy przeniosło sie głównie do podziemi. Ludzie budowali nowe bloki wchodząc coraz głębiej w ziemię. Wcześniej wykorzystywali podziemne garaże i adaptując je jako mieszkania. Na górze stały takie rozwalające się wraki a
a pod ziemią toczyło się życie. Ludzie tak polubili życie pod ziemią "w studniach" jakby byli do tego stworzeni, a na powierzchnię wychodzili z niechęcią. Jedynie wtedy kiedy naprawdę musieli. Wydrążyli podziemne tunele, zbudowali podziemne sklepy i fabryki, oświetlone sztucznym światłem. No i podziemne kolejki. W jednym ze śląskich miast wybudowano wieżowiec sięgający sto pięter w głąb ziemi. Czasy kiedy ludzie chwalili sie wysokością wieżowców minęły, teraz chwalili się na ile budowle sięgały w głąb ziemii. Nazwali go Król Piastowicz Pierwszy. Na cześć jednej ze śląskich drużyn piłkarskich. Pod ziemią było także cieplej niż na powierzchni. Gdy tam panowały zimne temperatury pod ziemią było cieplej, i dla odmiany chłodniej niż w upalne letnie dni. Klimat na Ziemi, od czasów przelotów tych dziwacznych komet bardzo się zmienił [ na innych planetach też, a nawet jeszcze bardziej]. Do tego stopnia że po katastrofie klimat na Wenus gdzie przeniosło się na początku niewielu smiałków uchodził za bardziej umiarkowany od ziemskiego. Ludzie latali tam chętnie na wczasy aby delektować sie Wenusjańskim czystym powietrzem i pięknymi Wenusjańskimi krajobrazami. Lecz niektórzy uparci osiedleńcy, mieszkali tam na stałe tworząc małe społeczności.

Oprócz Ziemi, i Księżyca -na którym wybudowano z jakiegoś przezroczystego tworzywa ogromnych rozmiarów kopułę i pod nią mieszkali ludzie oddychając pompowanym do niej sztucznym lecz strawnym dla ludzi powietrzem- no i oczywiście Wenus, przez ziemian zamieszkane były także małe krążące wokół słońca satelity. Czyli stare statki kosmiczne, porzucone, a dokładnie podrzucone przez "obcych" Nie potrzebowali już ich obcy bo były dosyć stare, i nie wiedzieli co z nimi zrobić, więc porzucili je w Układzie Słonecznym traktując go jako śmietnisko galaktyki. Jednak przydały się, bo w niektórych statkach mieszkało nawet po kilka setek ludzi. Żyli normalnie a kiedy dochody pozwalały wybierali się mniejszymi kosmolotami na wycieczkę na Wenus, Ziemię albo Księżyc czy inne stalelity. Największy porzucony przez obcych obiekt miał prawie wielkość Księżyca. Obcy wydrążyli go w środku eksploatując kopaliny, a potem może chcieli uczynić z niego jakąś swoją bazę przeładunkową. Po drodze doszli jednak do wniosku że się im to nie opłaca i zostawili pustą planetkę pomiędzy Ziemią a Wenus. Mieszkało tam prawie sto tysięcy ludzi! Na samym początku istnienia koloni, bo potem ich liczba wzrosła do miliona. Pozostawiony przez obcych sprzęt wykorzystywali ludzie do pracy, a że technologia obcych była bardziej zaawansowana od ziemskiej to i towary produkowane przez nich były dosyć nowoczesne i drogie, a oni żyli sobie całkiem nieżle. Kwitła także turystyka. Skorupę pierwsi osiedleńcy nazwali Pradła Nowe. Dlaczego? Chyba dlatego że pierwszy człowiek który stanął na jej powierzchni nazywał się Dobrogniew Pradło i pochodził z Kutna albo Koluszek. Na skorupie dominował język polski, oprócz tego był w użytku chiński i włoski, chociaż sporo mieszkańców pochodziło także z Indii i ameryki południowej. Największe miasto Pradła, Dewanna, liczyło sobie pięćset pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców.
Kto pierwszy uciekał do podziemi, lub na Wenus, Księżyc, albo Pradło i do porzuconych starych statków kosmicznych. Emigrowali ci którym na Ziemi nie było najłatwiej. Ludzie z krajów w których było duże bezrobocie lub przeludnienie. Bezrobotni i ci którzy uważani byli za margines kulturowy pierwsi zakładali kolonie i ustallali na nich nowe prawa. Więc sytuacja odwróciła się. Na satelitach jak je czasami ziemianie nazywali zwyciężył wolnościowy transhumanizm. I Satelity stały się pewnego dnia całkiem niezależne od Ziemi. Potwierdziła to Pierwsza Wojna Planetarna podczas której w stronę satelit wystrzelono z Ziemi kilka rakiet, i nastepnie w odwecie z Księżyca wystrzelono rakiety w stronę Ziemi. Oczywiście żadna z rakiet nie osiągnęła celu, lecz w kosekwencji niezależność Satelit uznana została przez Ziemian. Inaczej było już podczas II Wojny kiedy to po obu stronach stanęły znaczniejsze siły. Mieszkańcy satelit byli jak wspomniałem wyznawcami wolnościowego transhumanizmu, a że podejrzewali ziemskie imperia o agresję i chęć ekspansji dzięki różnego rodzaju sztuczkom, rozmnożyli się bardzo. Wystarczy wspomnieć że przeciętna mieszkanka satelit podczas porodu rodziła zwykle czwórkę dzieci. Pięcio i sześcioraczki nie były wcale czymś nadzwyczajnym! W tej sytacji jednym z najważniejszych zajęć mieszkańców satelit było wychowanie dzieci. I tak większość roboty wykonywały za nich automaty. Ziemianie kiedy przybywali pierwszy raz do Satelit na początku dziwili się widząc rodziny złożone z szesnastu, dwudziestu lub nawet większej ilości osób.
Ta przewaga nad ziemianami objawiała się nie tylko w przyroście naturalnym ale i w innych dziedzinach życia. Jako że byli wyznawcami wolnościowego transhumanizmu używali przeróżnych metod mogących poprawić ich inteligencję, siłę fizyczną, samopoczucie i zdrowie. Na początku zdziwienie ziemian budziła już ich molekularna kuchnia. Kuchnia satelit zrywala bowiem całkiem z ziemskimi przyzwyczajeniami. Jeśli szukałeś w niej ziemniaków albo chleba to mogłeś się poczuć zawiedziony. Kuchnia satelitarian opierała się głównie na sokach owocowych i warzywnych, minerałach, i przeróżnych związkach metali. Podobnie było z nawykami. Mieszkańcy satelit nie leżeli godzinami przed tvi, wpatrując się bezmyślnie w ekran. Oczywiście oglądali wiadomości w telplanie, ale więcej czasu spędzali w internecie. Nie było tam ogromnych portali prasowych ale raczej fora, i w związku z tym ich internet przypominał bardziej dawny ziemski telefon z pierwszej połowy dwudziestego wieku. W ogóle ich życie było całkiem inaczej ułożone od ziemskiego. Dominował osąd użyteczności. Jeśli błękitne szyby dobrze działały na psychikę gospodarzy to instalowali je sobie w domach. Podobnie oświetlenie. Generalnie wszystkie osiągnięcia nauki i techniki zarówno Satelitarnej jak i ziemskiej brane były pod uwagę.

Wojna transhumanistów

Czasami nic bardziej się nawzajem nie nienawidzi niż dwie podobne do siebie rzeczy lub idee. Kiedyś wzorcowym tego przykładem była na Ziemi wojna dwu heglowskich tyranii, które w pewnym momencie rzuciły się sobie do gardeł. Tu najwiekszą niechęć do siebie żywiły Socjalistyczna Republika Ludowej Transhumani i wolnościowi transhumaniści z satelit. Dla tych ostatnich socjalizm transhumanów był zaprzeczeniem ideii prawdziwego wolnościowego transhumanizmu, a dla pierwszych ten drugi wielkim zagrożeniem ponieważ ideii transhumanizmu używali jedynie do tego by bardziej jeszcze kontrolować swoich poddanych. Podzielili ludzi na grupy przydzielając im stosownie do zaszeregowania litery i cyfry. Stosownie do ich przydatności w procesie produkcyjnym. Inni nazywali to rasizmem pracowniczym. Oczywiście to wszystko było dla dobra ludu pracowniczego. To jak i ich chora idea.
Zapanował więc rasizm pracowniczy. Niezdolnych do wydajnej pracy likwidowano potajemnie pod pozorem wysyłania do domów opieki. Na głównych placach rozpadających się miast stały dumnie pomniki Lenina, Marxa, Engelsa i Darwina z maksymami w rodzaju

niech umacnia się socjalizm transhumanistyczny, w trosce o dobro mrówczego pracowniczego ludu i idei wielkiego kosmicznego mrowiska.

Zwykle podczas wolnego dnia, a zdarzały się nawet i takie, pracownicy spędzani byli pod pomniki gdzie musieli się modlić, oraz składać kwiaty i dziękczynne akty "prorokom". Modlitwom przewodzili przodownicy pracy a nad wszystkim czuwał najwyższy "Top Banana" stojąc z notesem w dłoni nieco z boku pomników i przypatrując się uważnie zgromadzonym. Oczywiście nazywanie przez nich swojego szefa "Top Banana" było co najmniej nie na miejscu. Na koniec uroczystości TB wykrzykiwał - złóżcie dzieciaki mrówczaki dziękczynne ofiary twórcom wielkiej idei - i pracownicy posłusznie podchodząc po kolei pod pomniki idoli składali pokłon przed "ojcami założycielami" soclandii. Socjalistycznej transhumani nienawidzili jeszcze bardziej jej sąsiedzi z wolnorynkowych komun. Tak zwani wolnorynkowi komuniści. Z nimi także soctransi toczyli wojny. Wojny z Satelitami toczyły się na ich terytorium, bo niby jak mieli by się dostać na satelity kiedy nie mieli nawet kosmicznych rakiet? Ba! Oni nie mieli nawet pożądnych samolotów. Zaledwie jeden stary rozklekotany i ledwo dyszący śmigłowiec, którym podróżowali dostojnicy po osadach coraz mniejszego państewka składając wizyty gospodarskie w pracolandiach. Pracolandię czyli zakłady pracy z przybudówkami zwanymi także mrowiskami, w których mieszkali zatrudnieni w nich ludzie. Zresztą dzieki temu że większość kraju już została odbita z rąk soc transów podróżować nie musieli za wiele.
To jednak jeszcze nie wszystko, bo na większości terytorium środkowego zachodu graniczącego prawie z socami trwały konflikty religijno etniczne pomiędzy arabskojęzyczną ludnością chrześcijańską i niemieckojęzyczną ludnością wyznania islamskiego. Jedni i drudzy usiłowali narzucić innym swój język, religię i obyczaje.

Kiedy Hobo przyleciał satelit, po wielu latach na ziemię nie spodobało mu się to*.Wiele rzeczy mu się na naszej planetce podobało. Sczególnie zaś polubił podziemne metro i miasta w starych nieczynnych kopalniach węgla. Zwiedzał je co najmniej przez kilka dni. Na początku Brzeszcze, Lubiąż i Chrzanów, potem Jaworzno, Rybnik i następnie Racibórz. Na koniec przyszła kolej na ogromny wieżowiec w Gliwicach. Jeżdził także kolejką do Zakopanego i Sopotu. W kolejce, będącej przecież tak naprawde metrem, przerobili kilka wagonów na sypialne. I jadąc z Zakopanego do Sopotu mogłeś całą drogę wygodnie przespać. W Zakopanym wywiercili otwór w samym środku góry, zdaje się że Gubałówki albo Giewontu, i windą w kilka sekund wjeżdażałeś na jego szczyt. Hobo wjechał windą na szczyt góry i podziwiał piękne widoki. Potem kolejką linową zjechał na dół. Nikt go tu nie poznał lub nie pamiętał. Może nawet o nim prawie nikt nie wiedział. Na Ziemi nie stał się sławny, a wiele już lat temu wyjechał na Satelity i tam się osiedlił. W Sopocie dla odmiany kolejak zajeżdżał prawie nad samo morze. Wysiadałeś i do mola albo na plażę miałeś zaledwie sto metrów. Jego misja na Ziemi dobiegała końca. Soc transi mieli pod sobą zaledwie kilka małych gmin i ich dni były policzone. Wyzwalane przez partyzantów tereny przyłączały się do Satelit. Walka trwała krótko i toczyła się oprócz partyzantki wspieranej biotronami walczącymi po stronie satelit i wolności a blaszakami, de fakto krzyżówkami ludzi i zwierząt z robotami. Transsoce tak przerobili pod koniec wojny wielu swoich poddanych pod kątem ich przydatności dla rządzących kast że bardziej stawali się robotami i maszynami niż istotami ludzkimi. Były więc maszynoidy ludzkie produkowane i modyfikowane do walki albo do pracy czy też do pilnowania "owczarni". Owczarze czyli strażnicy nie byli pasterzami, ale pilnowali jedynie dla nich trzodę pracowniczą nazywaną przez nich w ich żargonie "pracakami". Niestety, a może na szczęscie niewiele im to pomogło. Armia soctransów nie miała żadnych motywacji do walki, choć na początku była czterokrotnie liczniejsza, bardzo szybko poddawała sie i przechodziła na stronę przeciwnika.
Do Satelit przyłączały sie także kolejne miasta. Pierwsza była Łódż, następnie Skarżysko, Delhi i Szanghaj. Hobo widząc że nie ma nic do zrobienia na Ziemi, a jego misja została wypełniona odleciał pierwszym kosmolotem na Satelity. Wracał do siebie, do domu.
---------------------
*nikt prawie nie wiedział że Dobrognie Pradło to jego pseudonim, i że to on właśnie przybył na skorupę pierwszy

Wojny Satelit przeciw matriarchalnym komunistkom, czyli komutriksom



Wojny Satelit przeciw matriarchalnym komunistkom, czyli komutriksom

opowiadanie

W komunistycznym matriarchacie który miał być receptą na wszystkie bolączki świata nic nie było jasne ani pewne. I z tego też zdawało by się banalnego powodu, komunistyczny matriarchat nazwany został "enigmą". Enigmą pisaną z małej albo też z dużej litery. Prawie cała planeta uległa tej histerii. Bo przecież miało być tak dobrze. Pierwszy raz świat miał powstać zupełnie całkiem z ludzkiej głowy. Miał zostać wymyślony. Stworzony na obraz i podobieństwo ludzkiej myśli*. Tak jakby ludzie chcieli żeby był, a nie taki jaki jest. I tak jak sobie zamarzyli żeby było. Guru matriarchatu został oczywiście mianowana Engelsa. Od początku nie podobało się to mieszkańcom rozrastających się ciągle satelit. Do satelit przyłączyła się już wtedy Ziemia i kilka zamieszkałych planet z sąsiednich układów gwiezdnych. Prawa kosmosu są takie jakie są, i próby ignorowania ich zwykle nie przynoszą ludziom dobrych skutków. Satelity poszły w swoim rozwoju technologicznym znacznie do przodu. Wystarczy powiedzieć że Perpetum Mobile Drugiego Rzędu było tam powszechne już od co najmniej kilku dziesięcioleci. Ilość, i łatwość produkowanej taniej energii sprawiała że prawie wszyscy ludzie, którzy oczywiście chcieli, mogli się zająć pracami nad wynalazkami co się bardzo na satelitach opłacało. Bo można było na tym całkiem nieźle zarobić. Zarobić w elektronicznej walucie na którą były przeliczane wszystkie systemy monetarne będące tam w obiegu. I co ważne wymienić jak się chciało na złoto, platynę, srebro albo kamienie szlachetne. Lub nawet molid tak poszukiwany w całej galaktyce. Bez zbędnego napięcia rozmyślać sobie i kontemplować nad prawami przyrody, studiować albo zajmując się wymianą towarów pomiędzy planetami i układami gwiezdnymi, czyli galaktycznym kupiectwem. Czyli każdy tam robił co chciał.

W Enigmie na początku komunizm miał być wolnościowy. Oparty na grupach dobrowolnych konkurujących ze sobą komun. Natomiast niechętni mogli żyć nadal swoim życiem, niejako z boku i poza. Ale to tylko na początku tak było. Bo niedługo po, najpierw siłą presji i perswazji, następnie restrykcji, i ograniczeń a potem i represji, prawie wszyscy dołączyli się do Enigmy. Prawo komutriksu robiło się coraz bardziej surowe i dogmatyczne. Szczególnie zajadle ścigany był tak zwany rewizjonizm naukowy, a tych którzy mieli odwagę podważać lub kwestionować naukę czekał nie wesoły los, bo zabierano ich do tak zwanych obozów poprawy. Właśnie zakonspirowana grupa młodych naukowców podważająca naświętszy dogmat nauki planetarnej czy Drugą Zasadę Dynamiki pod pozorem krzewienia ideii komunizmu matriarchalnego zgłosiła się na ochotnika w podróż na Satelity. Na początku młodzi zbuntowani spiskowcy chcieli obalić dogmatyzm panujący w filozofii i nauce planety, lecz uznali że to nie ma sensu i zrezygnowani postanowili uciec. Oczywiście gdy tylko wysiedli na Wenus od razu zamiast nauczać poprosili o azyl, i azyl taki natychmiast otrzymali. Satelitarianie po raz kolejny odesłali z powrotem na planetę starszawy dosyć i pordzewiały kosmolot. Nie było to wcale śmieszne, a ludzie ci nie należeli do tchórzy. Kilku śmiałków zostalo już przecież na planecie spalonych za to że śmieli publicznie zanegować II święte przykazanie termodynamizmu [czyli po naszemu II zasadę termodynamiki] Mogliby jeszcze co prawda odwołać swoje blużnierstwa, lecz gdyby nie kwestionowali także przymusu badań medycznych pracowników komun. Na tajnym zebraniu Wielcy Kapłani Ludu wspólnie z Demokratycznym Kolektywem Nadzoru Roboczego, ubrani i ubrane jak zwykle w kolorowe sukienki i z pomalowanymi ustami, uchwalali wyroki. Niby wyroki wydawała wyrocznia, ale nikt w to naprawdę nie wierzył. Płonął więc stos a kapłana z surowym wyrazem twarzy odczytywał wyrok

- W imię Wielkiej boga, która stworzyła świat cały! Największy i bez miary.
W imię tej o bracia, która stworzyła naukę i medycynę oraz humanizm ekonomiczny i ekonomię humanistyczną na dziejowej drodze rozwoju ludzkości do komunizmu i matriarchatu! I nakazała stosować ich owoce, brać też czynny udział w przymusowych badaniach medycznych i szczepieniach. Abyś ty bezduszny potworze nie blużnił więcej przeciw niej, i nie grzeszył ochydnie już więcej przeciw niej - tu zawiesił na chwilę głos, po czym dodał - skazujemy ciebie na karę stosu. Bo tak powiedziała boga, poprzez usta wyroczni -
w tym momencie odzywały się dżwięki werbli, a zgromadzeni licznie ludzie obrzucali złoczyńców kamieniami i złorzeczyli im. I wyglądało to mniej więcej tak - czy wiesz głupcze co by się stało gdyby druga zasada dynamiki przestała działać! Ty skończony idioto - mówił jakiś skrajnie pobudzony i agresywnie wyglądający jegomość w stronę skazańca, stukając się jednocześnie pięścią w czoło. Lub - Nie po to nam boga przekazała naukę abyśmy ją szargali ty durniu, a może jesteś także przeciw przymusowi szczepień a nawet za dobrowolną wymianą usług pomiędzy ludżmi jak jakieś ostatnie wyrzutki. No powiedz! Przyznaj się ty durniu - krzyczał w jego stronę starzec bezczelnie wpatrując się w twarz oczekującego każni biedaka. Skazany potwornie zmęczony procesem, niewyspany i spragniony, marzył tylko o jednym żeby jak najwcześniej umrzeć i odrodzić się w jakimś bardziej sensownym miejscu. Ponieważ tak się składało że większość kwestionariuszy planety wierzyła także w wędrówkę dusz. Co do kolorowych sukienek, zwyczaj ten został przejęty z Polandii gdzie ludzie z grupy kierującej krajem na swych tajnych spotkaniach spotykali się ubrani w kolorowe sukienki i z umalowanymi ustami. Dlaczego? Nie wiadomo. Archeologia kosmiczna milczy na ten temat. Przewertowałem wiele ksiąg w ogromnej bibliotece w Dewannie i nie znalazłem niestety nic. Nic co mogło by chociaż przybliżyć motywy takiego postępowania. Nie napisałem jeszcze że w matrialchalnej ekonomi obowiązywał tak zwany element dobra. Chciałbym jednak zaznaczyć że dobro pojmowane było w tamtych czasach dość specyficzne, to znaczy że kojarzyło się raczej z tchurzostwem, lenistwem, bezmyślnością i opieszałością a nie właściwym czyli "dobrym" działaniem.

System i kultura planetarna były w swoim okresie póznojesiennym, jeśli tak można powiedzieć. I przypominała przejrzałą gruszę, jeszcze co prawda nie zgniłą ale już przejrzałą. Wszystko rozpadało sie powoli i stopniowo, lecz ludzie jakoś żyli i radzili sobie tak jak tylko potrafili. Pech jednak chciał że pewnego dnia wylądował na planecie statek kosmiczny, a podczas lądowania pilot zostal ranny. Niestety pilot zostali uwięziony, on i cała jego rodzina. Żona i trójka dzieci. Mało tego, dzieci i żona stały sie zakładnikami a pilot musiał wykonywać polecenia pod grożbą utraty życia jego rodziny. Miał ich wozić na planety z misją. Jak to oni mówili - z dobrą nowiną - Mieli latać na planety i propagować idee komunizu matriatchalnego. Na jednej z planet natrafili na komunistyczny patriarchat. Komunistyczny patriarchat to wcale nie była taka śmieszna sprawa jak mogli niektórzy przypuszczać. Kosztem wielu ograniczeń w dziedzinie konsumpcji, rozwinęli bardzo przemysł militarno zbrojeniowy. Pracowali nad bronią klimatyczną, magnetyczną i laserową.
Kiedy nastąpił wzrost zainteresowania przemysłem zbrojeniowym wojskowi podstępnie przejęli władzę nad komuną. Zewnętrznie, bo wewnętrznie rządziły tajne służby. Jednak największym problemem kompatru był niestety brak kobiet. Politykę urodzeniową prowadzili w taki sposób że rodzili się prawie sami chłopcy Jak mogli o czymś tak ważnym jak kobiety zapomnieć? Ano mogli. Ktoś w ministerstwie zapomniał. W kommatrii zapomnieli także, bo tam rodziły się prawie same dziewczynki. Chlopców i mężczyzn używano do najcięższych i najbardziej podłych prac. Na początku po wymianie i zbadaniu próbek genetycznych nawet chcieli się wymieniać brakującymi dziećmi. Lecz jedni uważali że dziewczynki są cenniejsze od chłopców, a drudzy że chłopcy. Potem nastąpił między tymi dziwnymi społeczeństwami konflikt. Wyobrażcie sobie społeczność złożoną prawie wyłącznie z kobiet, albo prawie wyłącznie z mężczyzn. Patriarchowie postanowili za uczynione im zniewagi zniszczyć matriarchów, a dokładnie matriarchanki. I przepełnieni gniewem niby dawni grożni bogowie, polecieli w tym celu na planetę kobiet.

Pewnego pięknego dnia przyleciały też na Satelity matriarchanki. Chciało by się powiedzieć: niestety. Przyleciały w tym swoim jedynym statku kosmicznym. Niestety, ale nie dla satelitarian. Oni byli przygotowani i czekali na takich nieproszonych gości. Matriarchanki wypakowały gdzieś w Wenusjańskim lesie pięćdziesięciu żołnierzy czyli wszystkich z pierwszego transportu, i potem poleciały po następnych. Latały tak chyba ze cztery razy. Oczywiście dowódcą całej grupy i jej zastepcą były kobiety. Kobiety były dowódcami drużyn, tak zwanych dziesiątek i plutonów. Jak to w komunizmie bywa wszyscy są równi lecz niektórzy sa równiejsi. Więc w tym wypadku kobiety były równiejsze. Bitwa w wenusjańskim lesie trwała bardzo krótko, i potraktowana została przez satelitarian jako rodzaj manewrów wojskowych. Oczywiście w wyniku tej potyczki nie zginął nikt, choć kilku matriarchan zostało rannych. Resztę wzieli do niewoli. Głodni, zmarznięci i zmęczeni żołnierze poddali sie bardzo szybko. Natomiast grupa broniących się dowódczyń polewana z helikopterów wodą, traktowana polem wysokiej częstotliwości szybko padła i otoczona przez grożnie wyglądające roboty została wzięta do niewoli. Ci z matriarchan którzy chcieli poprosili o azyl i wkrótce zostali uwolnieni. Reszta to jest około dwunaście osób przebywała nadal w niewoli.

Wyjasnienie.

Próby ganienia zwolenników komun i wszelkich form kolektywizmu są może nazbyt przedwczesne. Ponieważ dążenie do kolektywizmu jak wyjaśniono, ma prawdopodnie podłoże genetyczne. Zarówno mieszkańcy kommatru i patrkomu posiadali tak jak zwierzęta a w przeciwieństwie do ludzi, jedynie dusze zbiorowe, nie posiadając dusz indywidualnych. Wynikiem takiego stanu rzeczy jest pochodzenie co prawda w stopniu śladowym od jaszczurów. Po prostu tysiące lat temu mieli jakiegoś jaszczurzego przodka. Jest to na tyle znikome że mogą łączyć się bez problemów z innymi przedstawicielami ras humanoidalnych, w tym także ludzi, jednak pamięć kolektywna umiejscowiona w tyłomózgowiu sprawia że są posiadaczami duszy kolektywnej, a dusza indywidualna nie mogła sie niestety w nich zagnieżdzić. Czasami ułamkowe różnice decydują o tym czy dana osoba posiada duszę zbiorową czy indywidualną. Zdaża sie nawet że w jednej rodzinie żyją przedstawiciele dusz zwierzęcych w ludzkich ciałach, i ludzi z indywidualnymi duszami. Na Ziemi żyją także hybrydy ludzi i zwierząt, głównie związków ludzi z jaszczurami, dowodem na to jest występowanie duszy zbiorowej i jej manifestacja w postaci komunizmu, socjalizmu, i innych idei kolektywnych. Nie znaczy to wcale że istoty ludzkie o duszach zwierzęcych mają być wyjęte spod prawa. Lub że można zadawać im bez powodu ból i cierpienie. Z naszego punktu widzenia są pół ludżmi pół zwierzętami, chociaż często osiągaja podobnie jak ludzie wyjątkową sprawność intelektualną lub fizyczną, jednak wszelkie próby odbierania im praw należnych ludziom należy jak wspomniałem przed chwilą zdecydowanie potępić. Ziemianie w zamierzchłych czasach mieszali się często z innymi rasami przybyłymi na Ziemię z odległych planet. Nawiasem mówiąc, pojawia się też pytanie, czy społeczność patrkomu i kommatru posiadała jedną duszę zbiorową, rozbitą w wyniku swoistej [kulturowej] dysocjacji na aspekt męski i żeński, czy raczej były to dwie różne dusze kolektywne.

Blu Skaj finkers i Maszyna Umysłu




-opowiadanie


Pierwszy wyglądał jak żaba która przed chwilą wyskoczyła ze śmietnika. Ani śladu elegancji i dobrego smaku nie było w jego ubraniu, wyglądzie ani i w nim samym. Mało tego, on wyglądał jakby całe życie spędził grzebiąc w osiedlowym śmietniku lub śpiąc w przydrożnym rowie pośród łopianowych liści. Oprócz beznadziejnego wyglądu, Pierwszy słynął także z tego, że przedstawiciele innych krajów klepali go zazwyczaj po plecach. O czym też z zachwytem opowiadał godzinami swoim współpracownikom. Którzy, hm, musieli go niestety słuchać. Do tego udając przy tym wielkie zainteresowanie, a jeśli chodzi o tych którzy chcieli awansować musieli nawet nieszczerze go podziwiać i udawać zachwyt. Zwycięskiej idei jakoś nie było w Pierwszym widać. W jego szarej, wymiętej, przypominającej porządnie wykręcony ręcznik, i nijakiej twarzy. Nie było bo i jak? Wszytko co związane z nim kojarzyło się przecież z przegrywaniem i bylejakością. Wielkie Psy jakie go otaczały, a i Grube Koty, nie były wcale zmartwione takim obrotem sprawy. Wręcz przeciwnie, specjalnie wybrali takiego człowieka, bez charakteru, giętkiego niby wierzbowa witka na wietrze. I miękkiego jak plastelina bez wysiłku formowana w ich dłoniach stosownie do potrzeb. Mieli przecież jeden cel, wyciągnąć jak najwięcej pieniędzy. Najwięcej pieniędzy mogli wyciągnąć poprzez heglowskie socjalne państwo. Ono się do tego najlepiej nadawało. Było wielką maszyną ssącą, było maszyną wypijającą krew z większości wyzyskiwanego społeczeństwa. Z biednych ciężko pracujących w pocie czoła ludzi. Demoniczną Maszyną Wampiryczną -jakbyśmy mogli ją nazwać. Bo wypijającą krew. Nie dlatego że lubili socjalizm i etatyzm, ale dlatego że się do tego świetnie nadawał. Jakby Heglowska Maszyna Zła była do tego celu stworzona i pomyślana. W głębi duszy tak naprawdę pogardzali bardzo socjalizmem i heglizmem, uznając heglizm za ideologię dla ubogich umysłem i leniwych. Oni chcieli być panami siebie samych! - Żadnych cudzych bogów przede mną. Ja jestem centrum mojego świata i nikt inny - mawiali do siebie. Chwilami zdawało się że życie w tym kraju jest już niemożliwe. Tyle było sztucznych i pustych a pozornie wielkich ideii zajmujących prawie całą przestrzeń. Kiedy na przykład szedłeś ulicą to wydawało ci się nieraz że jest od nich w powietrzu aż duszno. Że powietrze aż gęstnieje i oddychając nim dusisz się i dławisz. A one wchodzą w ciebie poprzez dziurki nosa i zagnieżdżaja się niby szkodliwe bakterie i wirusy w całym organizmie, i w każdej komórce twojego ciała. Byłeś pełen czegoś obcego w sobie, czegoś co nie jest twoje. Z zewnątrz przyklejały się do ciała by następnie poprzez pory skóry przenikać do wnętrza. Wchodząc do krwiobiegu, i płynąc dalej bezczelnie razem z nim. Kto im dał na to zgodę? Przecież wiedziałeś jak każdy normalny i zdrowy człowiek że twoje ciało należy tylko i wyłącznie do ciebie, podobnie jak twoja dusza i twoje myśli. Wracając do Wielkich Psów. Wielkie Psy dla zabawy rzucały czasem różne opinie. I potem obserwując reakcję bawiły się świetnie. Na przykład środowiska katolickie i narodowe nie wiedząc o tym wcale i zapewne nie mając tego żadnej świadomości zaciekle walczyły o heglowskie państwo umierając ze strachu na samą myśl że państwo to może się rozpaść, osłabnąć, albo co nie daj Bożę stać się częścią innego większego lub bardziej sprawnego państwa. Wykonywali za nich całą ich robotę, i to praktycznie za darmo. Często w zamian otrzymując jako zapłatę śmiechy, kpinę a czasami nawet pogróżki ze strony policji. Oj umieli oni ludzi zagnać do roboty. Umieli! Tych wszystkich beznadziejnych i nie uleczalnych głupców, którzy nie troszczyli się o swoje sprawy lub mieli nadmiar wolnego czasu i nie wiedzieli co z nim zrobić. Wypasione Leniwe Tłuste Koty wylegujące się godzinami na egzotycznych plażach w promieniach słońca i Grube Ryby były jakby poza tym. Grube Ryby jakby, a Wypasione Tłuste Koty całkiem. Koty myślały pragmatycznie. Jeśli wspieranie interesów innego państwa przyniesie im więcej pieniędzy i w konsekwencji więcej władzy to czemu mają tego nie robić? I robiły to wspierając finansowe i przemysłowe lobby bez względu na kraj pochodzenia. Wspierały też interesy innych państw na terytorium własnego. Najchętniej jeśli były poprawne politycznie. Jeśli były mniej poprawne wspierały ich interesy mniej jawnie. Poprawność polityczną miały gdzieś, lecz dążyły do minimalizacji utraty energii w działaniu a dokładniej do działania przez pozbawione zupełnie wysiłku działanie. Siedząc u siebie na starym krześle przy drewnianym stole w kuchni i małymi łykami popijając kawę, rozmyślał o tym wszystkim Hobo. Nie żeby go polityka specjalnie interesowała ale takie miał tego popołudnia myśli.

Jak było? Z pewnością zapytacie. Przeciw Łopianowemu Królowi czyli Pierwszemu, i jego beznadziejnym rządom wystąpił pewien z pozoru szalony młody naukowiec. No dość młody. I nie dlatego że uważał się za jakiegoś szlachetnego buntownika walczącego ze złem świata. Napisałem przecież że polityka go specjalnie nie interesowała. O nie! Tak nie było. Było zupełnie inaczej. Zwyczajny nieudacznik nie potrafiący się poruszać po coraz bardziej skomplikowanych zaroślach życia. Mnożących się z każdym dniem utrudnieniach i przepisach ustanawianych przez starzejące się coraz bardziej i przybywające na wadze i siwiejące wraz z upływem lat Wielkie Psy, Tłuste Koty i Grube Ryby. One przecież czuły za plecami zdyszane i przepełnione nienawiścią oddechy wykluczonej konkurencji. Czuły ślepy gniew. To wściekłe Młode Wilki walczyły z nimi o miejsce w stadzie i rolę do odegrania w życiu. Psy a z nimi Koty i Ryby czuły się coraz bardziej wystraszone i budowały jeszcze większe fortece. Mury mające oddzielić ich i ich dzieci od reszty rosły. Powiem więcej, te grubaśne mury i niezwykle solidne fortece miały pilnować ich pozycji. Więc szalony naukowiec nie potrafił się odnależć. W życiu tak pełnym sztucznych barier, przeszkód i zastawionych pułapek na drodze wiodącej do zamku wraz z upywem czasu miał coraz więcej żalu do tych którzy jego życie spieprzyli. Na początku co logiczne, chciał zbudować Maszynę w celu całkowie egoistycznym. Chciał ją zbudować po to aby łatwiej żyć, nie mogąc dokonywać racjonalnych wyborów, i nie znając odpowiedzi na zadawane przez siebie pytania. Nie miał też wyjątkowej intuicji. Lata spędzone na grach liczbowych i spora sumka pieniędzy jakie przegrał mówiły o tym same. Jeszcze razem ze swoją byłą dziewczyną, a potem już sam, pozostawiony przez nią z powodu życiowego nieudacznictwa i biedy. Kiedyś mógł brylować na salonach, i udzielać komentarzy dla prasy na prawie każdy temat, jeśli oczywiście o taki komentarz zostałby poproszony, jednak zupełnie nie potrafi kręcić się wokół swoich spraw ani chodzić koło nich. Z drugiej strony nie chciał być owcą idącą posłusznie w stadzie, ani owczarkiem tego stada pilnującym dla pasterzy. On chciał być wolnym jeźdźcem. Autostradowym chłopcem, który jest tam gdzie chce i kiedy chce. W każdym razie jak to mawiał od mądrości zgłupiał i nie wiedząc co robić spędzał bezmyślnie czas. Następnie po roku lub dwóch, od głupoty zmądrzał. Pozornie bezczynnie spędzając czas. Pewnego dnia słuchając jakiejś płyty uzmysłowił sobie że całe dwa dziesięciolecia spędził na poszukiwaniu błędów w sobie. Czy to było złe? Nie, szukanie błędów jeśli sam proces poszukiwań nie zamieni się w obsesje, to świetna sprawa. Jednak nie tylko całkowite pogrążenie się w sobie. Trzeba też patrzeć w przyszłość i szukać nowych rozwiązań. On niestety nie szukał i widział że wielu ludzi będących pod wpływem różnych nurtów tak zwanego religionizmu, lub jak się mówiło w skrócie religizmu patrzyło głównie w siebie, zapominając o tym co jest przed sobą. To dobra postawa dla tych których życie jest stabilne, dla takich jak on jednak nie. Przeżył wtedy małą rewolucję i iluminację.

Wybudował więc maszynę Umysłu. Lecz nie wyprzedzajmy faktów. Pewnej nocy zasnął jak zwykle we śnie szukając zapomnienia od trosk dnia przepełnionego z powodu niewiedzy bezczynnością. Niby nic, jednak przyśnił mu się dziwny sen. W tym śnie zwiedzał jakąś obcą planetę. Położoną ładny kawałek od naszego Układu Słonecznego.
Na planecie panowały rządy korporacyjne, na które przyszła kolej po bardzo krótko trwającym tak zwanym liberalizmie, z całkiem prawie swobodną wymianą towarów i usług. Następnie zapanowała długa ciemna noc koszmarnego antyludzkiego heglizmu. Gdzie niegdzie zwyciężył miły jego sercu libertaryzm, choć nie wszystkim chętnym starczało środków żeby przenieść się do jednej z planetarnych libertarii. Jak wyglądał korporacjonizm, bo niektórzy mogą go pomylić z pewną odmianą ziemskiego heglizmu. Korporacjonizm na tamtej planecie polegał na dobrowolnych związkach między ludźmi ze względu na podobieństwa występujące między nimi, jak na przykład podobny rodzaj wykonywanej pracy, podobne poglądy polityczne lub nawet zamiłowania. Więc planeta przypominała sieć dobrowolnych związków posiadających własne prawodawstwo i obyczaje. Przypominało mu to trochę stare polskie prawo dla żydów lub ormian, gdzie właśnie poczucie podobieństwa decydowało o przynależności a nie zajmowanie jakiegoś terytorium. Państwa narodowe odeszły na planecie dawno w niepamięć. Potem odeszły w niepamięć państwa terytorialne. Nad wszystkim stała Rada Planety wybierana w głosowaniu przez prawie powszechny internet. Internet działał też na sąsiednich księżycach planety zamieszkałych przez osiedleńców od paru pokoleń. Nie było żadnego parlamentu bo i po co. Przytłaczającą większość spraw rozstrzygali ludzie na internetowych forach i podczas głosowań przez internet. Tak było od czasów Internetowej Rewolucji podczas której władza planetarnych rządów została obalona. Sami tego chcieli, próbując wprowadzić przymusową cenzurę w necie. Zmieniła się też religia, stare tradycyjne kulty odeszły do przeszłości. Nikt już nie był sędzią sumień innych ludzi i dawcą przepustek do duchowych krain po śmierci. Rewolucja internetowa obala też przy okazji rządy. Internauci obalili je mając dość skorumpowanych i zdemoralizowanych polityków pasożytujących na ich ciężkiej pracy i odbierających im ich wolność. Naprawdę zmietli je z powierzchni ziemi
- Nie chcemy już państw ani politycznych struktur kontroli - mówili do siebie podczas licznych rozmów jakie przeprowadzali ze sobą w sieci - ponieważ wiemy że po drugiej stronie granicy żyją ludzie podobni do nas - Oczywiście rewolucja miała charakter dosyć pokojowy, i w wielu miejscach planety nadal istnieją jeszcze państwa. Jedne są wielkości zaledwie łupiny od orzechów, inne całkiem duże, i nawet opętane nadal paranoją heglizmu. Internauci tworzą też konstytucję planety. Planetarna Konstytucja jest z założenia bardzo prosta. Pierwszy jej punkt brzmi:

Każdy człowiek jest wolny, i nie ma prawa naruszać wolności i własności innych ludzi.
Może więc całkowicie swobodnie dysponować własną energią i czasem,
oraz powstałymi w wyniku jego działania zasobami

Można by powiedzieć że pierwszy i ostatni. Chociaż są jeszcze komentarze i podpunkty do niej. Wspólnota Korporacjorjan, bo nie wiem jak ją nazwać nie ma stolicy ani władz. Korporacje wybierają swoich przedstawicieli do Rady Planety, a sama Rada stanowi bardziej ciało arbitrażowe niż prawodawczo-ustawodawcze lub sądowo-wykonawcze, albo reperesyjne. Wojsko i aparat przemocy na planecie ma charakter pracy kontraktowej i jest związany z usługami. Policjant to tam podobnie jak strażak i wojskowy przedstawiciel sektora kontraktowych usług. Nie ma prokuratorów ani sędziów, bo i po co. Jest prawo lokalne, obyczajowe i korporacyjne i każdy kto naruszył wolność lub własność drugiej osoby musi się do niego dostosować. Ludzie umówili się ze sobą jakie w danych regionach panują prawa i tyle. Jak ci się nie podoba to możesz się przenieść w miejsce które ci odpowiada. W ogóle bardziej zwraca się uwagę na skutki i samo działanie niż na jego możliwą potencjalność. Więc jeśli jedziesz po pijanemu rowerem to twoja sprawa. Jeśli jednak popełnisz wypadek bedąc pijany kara jest surowsza. Wtedy nie masz nic na swoją obronę. Generalnie odeszły tam w niepamięć wszelkie fałszywe nauki moralne i religijne mające obrabiać psychikę zniewalanych ludzi, przez tych którzy rządzili nimi. I granie na emocjach i uczuciach innych nie jest tam mile widziane. Zdecydowanie w prawie wszystkich dziedzinach życia liczy się skuteczność a nie papiery i pieczątki. Idziesz dajmy na to do jakiejś firmy i mówisz że chcesz u nich pracować, a oni pytają ciebie - pokaż nam co potrafisz - Mówią wtedy po prostu - pokaż nam co potrafisz -
Na sąsiedniej zamieszkanej planecie, o czym dowiedział się z międzyplanetarnej telewizji, mają takie aparaty do mierzenia potencjału ludzkiego umysłu i stanu ludzkiej wiedzy, czyli tak zwane umysłometry. Nie jest to u nich rzecz bardziej rzadka niż u nas aparaty do mierzenia ciśnienia. Mają też aparaty do mierzenia stanu ludzkiego zdrowia. Jest tam u nich możliwe prawie wszystko do zmierzenia, samopoczucie i poziom stanu psychiki, pozom aktywności intelektualnej i poziom energii.


Hobo obudził się nagle i wiedział nad czym będzie pracował. Zadzwonił o ósmej rano do Berlina do nieprzytomnego jeszcze Mahhomeda Shwartza i powiedział mu że rezygnuje z roboty jaką ten mu znalazł. Mahhomed trochę po znajomości poprzez agencję w której pracuje znalazł mu pracę przy sortowaniu owoców na farmie. Następnie zadzwonił też do Hansa Abdulla aby tą wiadomość potwierdzić. Hans naturalnie był wściekły. Jeśli chciałeś znależć jakąś robotę sezonową przez agencję to chodzić musiałeś na kolanach czasami całymi miesiącami. I jeszcze robili ci wielką łaskę. Hobo to był przecież nikt, zwyczajny włóczęga. I tak by przecież zresztą tam nie dojechał. Autokary stały zaparkowane w bazach firm przewozowych bo całe Niemcy obchodziły święto powrotu nauk Proproka, a skażenie środowiska było tak duże że samoloty miały zakaz lotów. Oni więc bez problemów znaleźli na jego miejsce zastępcę a on mógł przystąpić do pracy nad maszyną umysłu. Najpierw skonstruował tak zwany Oscylator Umysłu. Oscylator miał za zadanie wymieniać między ludźmi pliki myślowe, czyli wszelkie wartościowe spostrzeżenia związane z wyrazami kluczowymi. Przestraszył się jednak że Maszyna po niewielkich modyfikacjach może być wykorzystana przez rządzących do kontroli poddanych im ludzi. Tak stało się przecież z Sugestonomem. Sugestonom miał zwalczać depresję a został wykorzystany przez władzę do propagandy i potem także przez agencje reklamy, aby zwiększyć sprzedaż towarów firm dla których agencje aktualnie pracowały. Wyglądało to mniej więcej tak. Budził się Hobo rano i pierwsze co słyszał nawet nie wypijając jeszcze swojej porannej kawy, to słodkim głosem wypowiadane slogany w stylu - Hobo chłopie nie uwierzysz! Mamy dla ciebie nowy wspaniały produkt....musisz go koniecznie kupić. Pamiętaj, nie rób nam zawodu, wszyscy w firmie kochamy cię - i takie inne pierdoły. No dobrze, jak było z tym oscylatorem. Hobo wstał rano, no nie tak znowu rano, piętnaście po dziesiątej i zaczął rozmyślać nad zmianą swojego życia - Zmieniając siebie - powiedział głośno do siebie stojąc przed lustrem - podobno zmieniamy świat który nas otacza. I myśli i uczucia maja wielki wpływ na nasze życie - Rozpoczął więc eksperymenty nad modlitwą chrześcijańską, i zaczął badać jej wpływ na swoje życie. Następnie przeszedł do medytacji wywodzących sie z buddyzmu. Denerwował go subektywizm to znaczy niemożność obiektywnego zbadania za pomocą -jakbym to ja powiedział- naukowego eksperymentu, rodzaju uczucia i emocji oraz jego intensywności. Skonstruował więc emocjonometr. Jak już stworzył emocjonomert to był prawie w domu. Pomijam zabawne historyjki z jego życia kiedy wiekszość jego znajomych przychodziła do niego żeby zbadać sobie poziom energi i uczuć. To znaczy jakie mają kolor i ładunek. Kolor mówił o silnych emocjach. Na przykład ciemna intensywna czerwień pokazywała gniew tkwiący w człowieku jako emocję dominującą. Pomarańcz oznaczał przyjażń, a lekka czerwień lub róż, miłość. Odwiedzały go też dziewczyny z sąsiedztwa żeby dowiedzieć się czy są zakochane, i czasami ciągnęły też ze sobą swoich chłopaków. Drzwi wejściowe od jego domu nie zamykały się wtedy.


Innego dnia stworzył autotłumacza języków. Nie mógł się dogadać z Hansem ani z Mahhomedem i to go tak zezłościło że po rozmowie natychmiast zabrał się do roboty. Jak powiedział pewien polski żyd - mam dwie ojczyzny w jednej tej polskiej jestem żydem a w tej drugiej żydowskiej gojem - Hobo miał czasami podobne odczucia. Jego dziadek był w połowie włochem a w połowie podobno brytyjczykiem. Jakby tego było mało to jego ojciec [ chodzi o ojca dziadka czyli jego pradziadka] zanim osiedlił się w Polsce mieszkał przez pewien czas w USA i budował Nowy Jork i Amerykę. Budował dosłownie. Bo jako inżynier i konstruktor stawiał te ogromne manhatańskie wieżowce. To jeszcze nie koniec bo przodkowie matki Hobo wywodzili sie z kresów i mieli na sto procent jakąś domieszkę białoruskiej i litewskiej krwi. O każdej z ojczyzn wypowiadał się z pewnym dystansem. W Polsce czekał go brak perspektyw i bezrobocie. W Anglii liczyły sie tylko umiejętności zawodowe. Jeżeli nie miałeś kasy nie byłeś w ogóle człowiekiem tylko pracownikiem. Znałeś świetnie język, i miałeś jakieś uprawnienia, na przykład na wózek widłowy lub potrafiłeś prowadzić traktor to było już coś. On jeździł kiedyś traktorem, jednak po niezliczonej wprost ilości wypadków przestał prowadzić pojazdy mechaniczne. To było coś w rodzaju zegarka na rękę. To czyli tłumacz języków. Nie muszę chyba dodawać że swojego wynalazku nie potrafił sprzedać i poza nim nikt nie wiedział o autotłumaczu. A Hobo dyskretnie patrzył na napisy wyświetlające się na jego zegarku i rozumiał o czym rozmawiają ludzie w obcych językach. Chociaż tyle że mu się do czegoś przydał.

Pomiędzy skonstruowaniem emocjonometru [ czyli po prostu sugestonomu ] a zbudowaniem maszyny umysłu miało miejsce dziwne zdarzenie w życiu Hobo. Otóz Hobo położył sie na chwilę żeby odswieżyć swój umysł, jak to on nazywa. Zawsze kiedy był zbyt poruszony lub znużony, albo ospały czy zdenerwowany odswieżał swój umysł - starając się go wyzerować - jak to on mówił. Leżąc zasnął, a właściwie znalazł się w stanie pomiędzy snem i jawą. I wtedy pojawiła się ta dziwna myśl! Że, że...jesteśmy hodowani. O takiej możliwości myślał już nie raz, czytał też także o tym parę razy w internecie. No bo biorąc rzecz na logikę, to dlaczego mamy być na końcu drzewa ewolucji? Może tak samo jesteśmy hodowani jak my hodujemy świnki i inne zwierzęta. I uprawiani tak jak my uprawiamy rośliny w ogrodach i sadach? W tym momencie pojawił mu się w umyśle fragment starego prapolskiego mitu o ŚwietoWicie który zasadził pierwszych ludzi na grządce. W micie ŚwiętoWit miał dobre intencje wobec ludzi. Ale jak jest naprawdę? Może ci którzy nas uprawiają potrzebują do czegoś naszej duszy tak jak my potrzebujemy mięsa zwierząt, jajek, jabłek i krowiego mleka. Więc żywią się naszymi duszami? A Budda wynalazł sposób na uniknięcie bycia zjedzonym, czyli krótko mówiąc wyzwolenie z koliska samsary. Wejścia w inny przestrzenny wymiar i inny poziom egzystencji, w którym ci którzy nas uprawiają nie mają przystępu do naszych dusz i nie mogą ich zjeść. No tak teraz już wiem dlaczego uczniowie Buddy nie chcieli mówić o Bogu. Bóg stworzyciel świata jak go nazywamy to jedno, a jacyś pośrednicy którzy stworzyli ludzi lub bezczelnie wryli się w dzieło stworzenia to dwa. Nazywani przecież w wielu kulturach bogami. Pełno jest takich opisów w starych mitologiach. To wydarzenie jeszcze wzmogło chęc wymyślenia maszyny przez Hobo. Hobo ślęczał nad nią całymi dniami. I co może nie jest bez znaczenia chciał pokazać światu kim jest i na co go stać. Bowiem jego dawni koledzy i w większości [kiedyś] uczniowie podśmiewali sie z niego unikając go, gdy zauważyli go idącego ulicą. Jego dawne dziewczyny nie chciały z nim rozmawiać. Chociaż rozmawiały i dzwoniły do większości jego byłych znajomych. Ludzie z sąsiedztwa uważali go za dziwaka i odszczepieńca. Niestarannie ubrany, ze swoją nieco dziwaczną fryzurą naukowca i włosami w wiecznym nieładzie. Interesujacy sie tym czego większość ludzi nie obchodzi, bo interesuje ich jak bez wysiłku zdobyć więcej pieniędzy lub rzeczy no i oczywiście jeszcze coś wypić. Oraz jak bezstresowo spędzić czas. Nie robiąc w życiu nic. Hobo nie przejmował się tym wcale. Oni też go nie interesowali. Gorzej by było, gdyby czegoś od niego chcieli zawracając mu głowę bzdurami, lub zabierając mu tak cenny przecież czas. I marnotrawić jego energię! Do domu po klatce schodowej wchodził więc szybko, a wychodził energicznym krokiem człowieka zajętego. Tak samo szybko chodził po ulicach miasta. Dobrze do rzeczy. Sen znowu okazał się inspiratorem jego poczynań dziennych. I wynalazł maszynę myśli. Wtedy też zauważył że zwalczanie Pierwszego nie ma sensu dopóki ludzie to kupują. Za plecami Pierwszego czekali już w kolejce inni. Tacy sami jak on albo jeszcze gorsi.
---------------------------------------------------
autor przeprasza ze niewiele pisze o samej "Maszynie", jednak być może wróci do maszyny w kolejnych opowiadaniach.

piątek, 30 lipca 2010

Gniew Boży i Dzień Sądu

cz3. "Tape run out"

Po raz pierwszy po długiej przerwie zobaczyli siłę kościoła gdy w 79 roku przyjechał polski papież. Na spotkania z nim ludzie przychodzili dobrowolnie a nawet wyrażali pasję i entuzjazm. To nie sztucznie spędzone tłumy na partyjnych wiecach, ani pochody solidarności których siła kończyła się wraz z powrotem do domu i włączeniem telewizora. Więc należało to wykorzystać, pomyśleli, bo na tej sile możemy popłynąć daleko jak statki na mocnych żaglach. Popłynąć bez wysiłku dzięki spontanicznej pracy wiatru i wody, i nawet bez ich wiedzy. Kościół co prawda tracił swoją moc od 500 lat, i przestawał już od dawna być centrum zarządzenia. Jego rolę przejmowało powoli państwo. Państwo jako bóg. Oczywiście różnie się to wszystko układało w krajach protestanckich, katolickich i prawosławnych.Generalnie jednak, tu mógł być siłą. I był. Pomijam pytanie -czy pies bardziej rządził ogonem czy ogon psem i kto był czym.Kto mianowicie był psem a kto ogonem - Była także próba sił z1984. Wtedy kiedy zamordowali Popiełuszkę. Wcześniej próba zamachu na papieża. Napiszę krótko. Nie wiem kto to zrobił. Jednak jak zauważyła Joanna Gwiazda zdarzały się wtedy dziwne dla laików sprawy. Na przykład po pogrzebie Popiełuszki całe tłumy przyszły pod siedzibę służb bezpieczeństwa wykrzykując -prze ba cza my prze ba cza my! Może po to popełnili tą zbrodnię?

- Wezwijcie nadwornych astrologów i tłumaczy snów - krzyczy przerażony Kamorro. Otóż dziwne, lecz obaj mieli taki sam sen, on i Bumpkin Plusk. Śnił im się katyński las idący w ich stronę. Mówią że Komora nie może sypiać w nocy i biega przerażony po pałacu jakby popadał w obłęd. Plusk także, zamiast spać ogląda telewizję albo ustawia pasjanse. Podobno towarzyszowi generałowi Władimirowi Władimirowiczowi Katinowi, uważennemu Carowi Wsiej Rosji śniło się to samo. Mianowicie śniło mu się że w stronę Kremla zbliża się katyński las, a jego ręce robią się czerwone jakby całe były ubrudzone we krwi. Jednak kogo wezwać i jak? Ach kogo na pomoc wezwać? Astrologów prawie już w kraju nie ma. Wyemigrowali za chlebem. Podobnie jak informatycy.

- Pokażcie nam swoje ręce - mówią ludzie do Kamorry i Bumpkina Pluska - Czemu macie takie czerwone ręce? Wyglądają jakby były całe umazane we krwi -

Do Ziemi zbliża się dziwna kometa przez jednych nazywana Mardukiem a przez innych Nibiru. Jeszcze przez innych nazywana jest Gniewem Bożym albo Dniem Sądu. Taśma z zapisem właśnie się kończy.

--------------------------------

"przebaczamy przebaczamy " -wspominała o tym w jednym ze swoich artykułów Joanna Duda Gwiazda


środa, 28 lipca 2010

poza przestrzenią świata

Nie potrafił zmienić świata, ani nawet zmienić siebie, więc postanowił uczynić sobie coś w rodzaju kryjówki.
Kryjówki w jakiej będzie czuł się bezpiecznie , i przez nikogo niepokojony, będzie mógł spokojnie egzystować niejako w świecie równoległym, który jednakże przenika się ze światami istniejącymi obok. Do tego celu użył jakbyśmy powiedzieli dwóch sposobów. Jeden to efekt prac jakiegoś fizyka i badacza o jakich przeczytał w gazecie.
A drugi to pewna praktyka buddyjska. Buddyzmem i starą przed buddyjską religią Tybetu interesował się od dawna, ponieważ wydawały mu się podobne do filozofii która co tu będziemy ukrywać w ostatnich latach nieco podupadła
Mianowicie postanowił stworzyć coś na wzór FRAKTALU WEWNĘTRZNEGO DLA SIEBIE, CZYLI
zamieszkać w swojego rodzaju “bańce powietrza”, niby w wielkim ogromnym atomie w jakich istnienie wierzył dawno temu Demokryt. Przez lata wypróbował na sobie i użył wszystkich znanych metod jakie proponowały religie, i systemy psychologiczne, psychoterapie, jak i filozofię antycznego i współczesnego świata. Medytował, i uprawiał psychologię zorientowaną na proces.

Ten wyznawca teorii: NAJWAŻNIEJSZA JEST RÓWNOWAGA. NAWET NA HUŚTAWCE." A może przede wszystkim na huśtawce naszego życia" -dawno już zapomniał o swojej teorii i popularnym powiedzeniu. Powiedzenia jak to w życiu bywa zapewne dawno już przejęli inni, a o nim dawno zapomnieli, choć starzy znajomi z tamtych lat widząc go przechodzącego ulicą kiedt się mijali, uśmiechali się do niego, a nawet mówili "Cześć" -i nic w tym dziwnego, bo przecież był częścią ich młodości, i częścią ich życia, a nawet w jakimś stopniu ich życiem, tak jak częścią i fragmentem jego życia byli oni." Byliśmy swoimi wspólnymi snami", powiedział kiedyś do niego jakiś jego znajomy którego imienia już nie pamiętał. A co później powtórzyła, jego była dziewczyna zanim od niego odeszła, pakując wcześniej, gdy on siedział w pracy niczego jeszcze nie podejrzewając, ani nawet nie przeczuwając, swoje rzeczy, do jednej reklamówki i starej torby podróznej.
Innym jego znanym powiedzeniem było stwierdzenie:" Małpi dzień, ale małpi dzień mamy", mówił gdy wszystko się rozlatywało ludziom, i wylatywało z rąk, i nic nie szło tak jak miało iść.
A dziewczyna? Dziewczyny, kobieta, żona. Zapomniał o nich dawno temu, nie mając w sobie tego agresywnego pędu do przodu, mogącego zaimponować kobietom, a może miał ale zablokowany i stłumiony, tak mocno że nie potrafił go wydobyć na wierzch. Razem z niezbędnym do życia hormonem agresji.


Znaczną inspiracją do budowy bańki powietrza w której pragnął zamieszkać były także niezwykle fantastyczne i niepokojące obrazy Hieronimusa Bosha, starego mistrza pędzla. Stary mistrz przelewał swoje fantazje, przemyślenia i wizje za pomocą farb na malarskie płótno. A istoty mieszkające w bańkach powietrza zajmowały tam bardzo ważne miejsce.
Sam na swój użytek takie istoty nazywał “ukrytymi”. Ukryci żyli jednocześnie na granicy dwóch światów. Własnego wewnętrznego i tego zewnętrznego. Kiedyś śniło mu się że ukryci grupują sie i tworzą rodziny, a nawet i niekiedy większe skupiska. Nadmierna wrażliwość i bycie jakby bez skóry, to znaczy odbieranie bodźców o wiele mocniej niż większość stawało się dla niego trudne do zniesienia.. Zwykłe słowa, spojrzenia, a nawet ironia w głosie, to było coś co musiał nieraz odreagowywać godzinami albo całymi dniami. Zdarzało się że sytuacja powalała go dosłownie z nóg, i leżał wtedy nic nie robiąc na łóżku. Być może to co mieściło się w języku zwyczajnej konwencji dla takich jednak jak on było zbyt trudne.
Najciekawsze że gdy spotkało się dwu takich wrażliwców często jeden z nich odreagowywał się na drugim , raniąc go i poniżając, czasami także publicznie. Później oczywiście także i on cierpiał.Wtedy cierpieli obaj.

Ale przejdźmy do rzeczy, bo czytelnik już się za pewne poczuł nieźle znużony. Nasz bohater rozpoczął budowę swojej banki powietrza. Wyobrażanie sobie kuli dookoła ciała w której miał chodzić bawiło go, a po dłuższym czasie zaczynało, co przecież oczywiste, męczyć, nużyć i rytować. Ale prace nad wehikułem posuwały się ciągle naprzód. Zrozumiał też że przedstawiciele wszystkich religii osiągając pewien etap duchowego rozwoju żeby oddzielić się od rozpędzonego szalonego i zwariowanego świata zamieszkiwali na jakiś czas we własnych kulach.
Wkrótce światów alternatywnych było coraz więcej, a ukrytych przybywało. Zrozumiał też że rozwój cywilizacji i pęd życia nie ma niczego wspólnego z ludźmi i ludzkimi charakterami. Po prostu nastąpił rodzaj kosmicznego przyśpieszenia i ludzie a także ich umysły poruszały się coraz szybciej, a niektórzy nie wyrabiali. Następnie dowiedział się że proces przyśpieszania jest zawarty w planie Bożym. Gdy tylko została osiągnięta masa krytyczna planeta eksplodowała tworząc nowy wszechświat.

Ile jest imion Boga? Kroniki cd.

Zeszedł znowu do swojej piwnicy, a z drzwi wiodących do niej dawno już zdjął napis: “Jaskinia Filozofów”, -bo czasami czuł się tak mały, głupi i zły że ten napis wydawał mu się kpiną, jeśli nie szyderstwem wobec czystej i wziosłej myśli ludzkiej, mającej przeciez prowadzić nas na wyżyny życia. Bo jakby się dajmy na to nagle pojawił przed nim Sokrates kiedy on by szedł ulicą wracając z zakupami ze sklepu do domu, trzymając w dłoni wypchaną reklamówkę, albo przechodził z łazienki do kuchni idąc korytarzem swojego domu, i ten Sokrates stanął przed nim zastępując mu drogę i zapytał, czy jego myśli i słowa są prawdziwe, ale tak naprawdę prawdziwe prawdziwe, i czy służą po drugie dobru, to miałby całą chmarę wątpliwości, i stałby tak oniemiały niby samotne pozbawione liści drzewo wśród stada wron i kruków gdzieś na jesiennym szarym i ponurym o tej porze roku polu, bojąc się że w tym stanie zobhaczy go żona albo dzieci, ten Sokrates i pozostawił by go tak samego samiuśkiego, otoczonęgo, żeby nie powiedzieć spowitego albo osnutego osnutego niby we mgle, w tej chmurze wątpliwoiści i niewiedzy, spod której wydobywały by się jakby jedynie myśli powtarzane przez niego w nieskończość, NIE WIEM, NIE WIEM, NIE WIEM, wyrzucane razem z wydechem tak wulkan jak wyrzuca z siebie co jakiś czas lawę albo gazy, tyle że rytmicznie . I do tego wstyd, bo czy on jest człowiekiem dorosłym jeśli być może nie życje w zgodzie z zasadami które przecież wyznaje, i w zgodzie prawdą którą zna? I co będzie jeśli go ktoś w tym stanie zobaczy.Na pomalowanych czerwoną farbą drzwiach pozostał więc jaśniejszy jakby wyblakły prostokąt,,a on nie zawłaszczał już sobie tak buńczucznie zowiązującej nazwy filozofa. Zrozumiał w końcu że człowiek kierowany przez instynkty i emocje nie może tak siebe nazywać, bo to jest wtedy jedynie jego maską, być może nawet kolejną, a pod którą kryła się jeszcze inna jakiej istnienia nawet nie przeczuwał..

W dzieciństwie wręcz chorobliwie wstydliwy i nieśmiały, wyśmiewany przez rówieśników jak i starszych, chłopak zamknął się w sobie i przestał prawie w ogóle rozmawiać z ludźmi. A że był zbyt łagodny i chorobliwie wręcz dobry, nie potrafił bronić się ponieważ nie chciał krzywdzić swoich przeciwników ani ich ranić. On grubas z ciężką ręką, mogąc zmiażdżyć bez trudu szyderców odchodził na bok aby ich nie ranić podczas “prób obrony koniecznej” i nie zadawać im cierpień Ale taki był Bebe.
jak Jezus wśród szyderców “Jezus wśród szyderców”. Tak nazwał stan i sytuacje jaka była udziałem w tamtych latach dzieciństwa i wczesnej młodości. Poobijany i poraniony na duszy, długo nie mógł znaleźć dla siebie miejsca w życiu. A że był jak stara piłka lub jabłko pełne sińców starał się przebywać w strefie cienia. Cień i mrok dawały mu bezpieczeństwo i ochronę przed złem ludzi. Kiedyś matka , bez wiedzy ojca kupiła mu psa, i wtedy wszystko się zmieniło. Na początku panicznie bał się wychodzić z nim na spacery, ponieważ uważał że liczba sińców i ran jakie przyjąć mogłaby jeszcze jego dusza od napotykanych ludzi, jest ograniczona, a on więcej urazów i szyderstw nie zniesie.Nie ma na to siły. Już nie.
Ale pomimo chorobliwych i obsesyjnych wręcz lęków zaczął jednak wychodzić na spacery ze swoim psem. Na początku wieczorem, gdy za oknami zapadał zmierzch, -wtedy Bebe wymykał się chyłkiem i spacerował przed blokiem razem z nim, aby nie być przez nikogo nie zauważonym, i nie patrzeć w te pełne szyderstwa oczy złoczyńców. Szyderstwo płynące z oczu złych ludzi bolało go najbardziej,
I sprawiało największe cierpienia. Kim ja jestem myślał, że się tak ze mnie śmieją, i kim są ci źli, którzy z ranienia i zadawania bólu odczuwają radość, przecież to są zwykli, zwyczajni ludzie.. Może nawet budują swoją siłę krzywdząc i zadając ból innym istotom, i stąd czerpią energię psychiczną A jego rolą jest nie dać się im zniszczyć. Wygrać z nimi. I jako inteligentne dziecko poszedł natychmiast za tropem.

Wymyślał także dla siebie specjalne formy obrony i leczenia rozbitej "na atomy" duszy. Kiedy znalazł stare oprawione w świetne rzeżbione ramy rozbite lustr,o leżące na strychu postanowił je naprawić,. Ale nie tak zwyczajnie naprawić, ale z procesu naprawiania uczynić rodzaj klejenia i łączenia swojej nieszczęśliwej i rozbitej duszy. Potem gdy naprawił lustro i faktycznie poczuł się lepiej, zabrał się za szycie i krawiectwo. Szył niby mu potrzebny mu materiał, a w gruncie rzeczy cały czas wyobrażał sobie że zszywa swoją rozkawałkowaną duszę. Później dowiedział się ze w starej tradycji tybetańskiego bonu istnieją praktyki “zszywania” i “łączenia duszy”. Jego umysł stawał się coraz bardziej elastyczny. Kleił na przykład kawałki skóry w jedną całość symbolizującej jego totalność. A następnie gdy coś mu nie pasowało rozbijał, czyli rozrywał albo raczej rozcinał na kawałki kiedy coś z nim i z procesami zachodzącymi w jego psychice były nie w porządku, i łączył je następnie z powrotem. Dzięki “duchowemu krawiectwu”, przełamał chorobę i skończył studia na miejscowym uniwersytecie. Potem założył rodzinę, a za zarobione przez siebie pieniądze kupił piękny dom z ogrodem na przedmieściach. Wszystko układało mu się doskonale, a czasami gdy widział swoich dawnych prześladowców, stoczonych na samo dno pijaków i małych ze złości pomarszczonych chorych ludzi, odwracał głowę i nie patrzył na nich.

Ale jedna rzecz mu nie dawało spokoju.
Mianowicie każda z trzech wersji istnienia świata jaką dopuszczał była możliwa i prawdopodobna.
Wizja chrześcijańska, z Bogiem jako stwórcą wszechświata, następnie Buddyjska wersja przyczyny i skutku, oraz pogańska oparta na prapolskich wierzeniach i mitach. Mało tego, on na swój sposób wierzył we wszystkie trzy, jeśli nie kolidowały ze sobą. Wziął więc mały różowy balon leżący gdzieś w rogu pokoju, i bezmyślnie zaczął wydzielać z niego małe alternatywne baloniki okręcając je wokół własnej osi. W ten sposób na jednym dużym jak gdyby" balonie ojcu" stworzył kilka mniejszych baloników dzieci. W jednym mieścił się świat Niebiańskiej Doskonałej Krainy Dełaczien, miejsca pełnego szczęśliwości i radości. W innym znów świat Boga Stwórcy. Siedząca na jego kolanach córeczka Rita, patrząc mu w oczy uśmiechała się do niego. Światy te pączkowały z siebie dalej i oddalały się nieuchronnie od siebie, -sprawiając że powrót i przejście do innego stawał się możliwy ale trudny. Jak połączyć te światy ze sobą myślał. Po prostu należy nałożyć na nie jakiś kryształ, na przykład gwiazdę, a wtedy jego model stawał się jedną połączoną ze sobą całością. Jak ją w myślach nazwał “Jednią Doskonałą”

Gdy wrócił do pokoju na górę patrzył jak w ogrodzie bawią się ich dzieci. Odchodziły od siebie to znowu na powrót spotykały biorąc się za ręce i tworząc figurę w kształcie gwiazdy.Wtedy zrozumiał wszystko.

Postanowili udawać Boga

Było to podczas wiosennego obrzędu aborcyjnego urządzanego na część bogini każdej wiosny od czasu gdy zwyciężył na ziemi postęp. W Ameryce panował totalitarny komunizm.
Ale jego nie obchodziły żadne obrzędy, a szczególnie już obrzędy czipowania i jeszcze bardziej aborcyjne. Miał je po prostu gdzieś
Pamiętał jak jako dzieciak biegał z kolegami wieczorem aby z oddali oglądać odbywające się wieczorami przy ogniskach rytuały i obrzędy. Znalazł się nawet jeden zbuntowany odszczepieniec, który chodził po okolicznych wioskach i namawiał ludzi żeby przeciwstawiali się krwawym obrzędom podczas których robot składał w ofierze bóstwu wyselekcjonowanych wcześniej ludzi. Kapłani bardzo krzywo patrzyli na jego wywrotową działalność.
- przecież dowiedzione zostało naukowo- mówił uśmiechając się kapłan -że gdybyśmy przestali karmić krwią kosmiczne bóstwa, czekał by nas niechybnie kataklizm i w konsekwencji zagłada Wielkiej Cywilizacji, stworzonej z takim wysiłkiem przez naszych przodków. A bóstwa potrzebują krwi, żeby mieć energię do utrzymywania planetarnych orbit i gwiezdnych cykli-
Kiedy wracał do domu z rozpaloną twarzą rozmyślał nad co powiedział kapłan.
Ale to było dawno. Teraz był przecież od dawna dorosły, siedział na werandzie swojego ogrodu i patrzył na swoje ulubione drzewka owocowe.
[bawił się pilotem naciskając odpowiednie przyciski na jego powierzchni, tak jak włączało się kiedyś telewizor, gdy kierował przez chwilę pilota na czip umieszczony w wybranym przez siebie drzewku to rosło szybciej od innych]

Ciągle się jeszcze nie mógł obudzić, a koszmar jaki śnił mu się w nocy nie dawał spokoju. - Otóż miał dzisiejszej nocy dziwny sen, jakieś wielkie żurawie wyciągały swoimi potężnymi ogromnymi łapami ludzi z domów przez okna. On we śnie przed czymś lub przed kimś uciekał, ale oni dopadli go i wyciągneli z jego kryjówki za pomocą tego właśnie żurawia, w kształcie długiej łapy.
No tak, zapomniał, mamy przed sobą dwa razy po siedem chudych lat, dwa razy po siedem chudych krów. Czyli razem czternaście lat kryzysu gospodarczego, załamania i recesji. Ułożenie planet na niebie i aktywność słońca sprawiały że z inwestowaniem trzeba poczekać i lokować swój czas w odpoczynek i naukę [ lub zdobywanie wiedzy]. Siedział, i przypominał sobie rozmowę jaka prowadził poprzedniego dnia z siostrą
- Dziwne to wszystko było- mówił do niej -bo najpierw mieliśmy system demokracji bezpośredniej, czyli wiecu, gdzie każdy wolny człowiek miał jeden głos, potem z zachodu przyszedł do nas feudalizm, i defragmentacja struktur społecznych. Społeczeństwo zamiast poziomej linii zaczęło przypominać drabinę. Taki system nazywa się feudalizmem, i przyszedł on razem z nową religią, albo odwrotnie może to religia przyszła z nim. Monarchia trwała tysiąc lat. Potem na czołgach wjechał wschodni socjalizm, aby przetransformować się po latach w jego zachodnią, bardziej ortdoksyjną wersję, i zmienić strefę wpływów ze wschodniej rosyjskiej na zachodnią niemiecko-amerykańską. Jednak nie chodziło tu o "czystość doktryny" ale o przetrwanie trzymających władzę

Gdyby padł razem z nim upadły by rządzące krajem elity, to dlatego wymusili i przeprowadzili transformację. Ludzie są naprawdę zabawni, a czasami nawet śmieszni. Ci którzy mają siłę i zdeterminowanie dochodzą do przycisków albo kręcą się przynajmniej blisko nich. I tyle, tylko i aż. A nazwy? Pewnie, i kolory też. Kto nie woli życia pełnego kolorów, zapachów, smaków, i dżwięków-.
- I religia - wchodziła mu w słowa siostra. - Albo człowiek się nie udał Bogu, a świat to jedynie prototyp, wersja próbna, lub jedna z jego wersji i milionów wariantów.
Albo...człowiek jest w porządku, i wszystko jest na swoim miejscu, a religia do niego i do świata nie pasuje. Bardziej obstawiam na to drugie.
Nie nie mówię że człowiek może robić co chce, i nie ponosić żadnej odpowiedzialności za swoje czyny-.
- Ale ludzie są tak zadufani- odpowiadał jej po chwili milczenia spokojnym głosem, -i tacy pełni pychy. Oni chą poprawiać świat i dzieło stworzenia. Poprawiać i naprawiać człowieka który jest przecież kompletny i całkowity, no chyba że zostanie przez jakiś manipulantów i poprawiaczy. Religijnych albo politycznych.
A ludzka pycha nie ma końca i nie zna granic, Biedni kretyni i głupcy wierzą że mogą mieć wpływ na topnienie lodowców, że mogą zmieniać klimat, że mogą jak kilka lat temu zrobił to pewien szalony dyktator wystrzelać pociski z trującym proszkiem do atmosfery, żeby rzekomo obronić planetę przed globalnym ociepleniem. A zatruli miliony ludzi i zwierząt, bo po tym czerwonym proszku leżącym na polach nic się nie nadawało do jedzenia.

Tylko dzięki Noemu świat ocalał. Noe wziął do podziemnych bunkrów wszystkie możliwe gatunki ptaków i zwierząt, a nawet drzewa które tam podlewał, i tylko dzięki temu przetrwały-.
Szaleńcy mieli plan, zamienić Boskie dzieło stworzenia, na własne. Postanowili udawać Boga. Tak że żadna nawet najmniejsza roślinka, nie mówiąc już o ludziach i zwierzętach jeśli nie została przemutowana nie miały szansy na ziemi istnieć. Specjalne czujniki wykrywały takie organizmy i eliminowały je.
Ale to wszystko było wielkim oszustwem i grą w znaczone karty. Co innego gdyby stworzyli własny kod genetyczny i własne prawa obowiązujące w ich wszechświecie, albo chociaż jakimś małym laboratorium. A tak to była jedynie przeróbka, jak przerabia się za ciasne ubranie. Fastryga, próbne ręczne przeszycie, albo nawet i nie. Od razu produkt gotowy, i to na chybił trafił. Wiedział że oni się nie zgodzą, on i jego siostra. Jedzenie będą zdobywali w lesie i na łąkach. Pokrzywy i lebiody. Na początku będą niesmaczne. Ale po czasie przyzwyczają się.

Widział jak w sąsiedztwie rodzą się w domach dzieci, i jak ludzie wymieniają się towarami poza oficjalnym obiegiem


kwiecień 2009

Xsięga Rozczochrańca

Szukał przez chwilę wzrokiem jakiejś czynnej budki telefonicznej, nie będącej na dodatek na podsłuchu władz.
Chciał zadzwonić do znajomego żony z pracy , żeby dowiedzieć się, jak się ona czuje, a potem zadzwonić jeszcze do przedszkola i porozmawiać trochę z przedszkolanką o swoich dzieciach. Tak, miał dwójkę dzieci, najwięcej na ulicy, a pozwolenie na nie dostał w czasach prosperity i chodów w miejscowej radzie.
Kiedy to było? Dobry pracownik, świetnie zapowiadający się aktywista ruchu obywatelskiego, mającego być czymś w rodzaju przedłużenia ręki władz w społeczeństwie, jej okiem i uchem.
Zauważony w klubie ze szklaną lufką w ręce, lufką która mogła służyć do palenia tytoniu lub innych substancji psychoaktywnych. I wtedy wszystko nagle upadło. Wstydzi się, kiedy przypomina sobie o tym, bo jemu nikt już o tym nie mówi. Stara historia pomyślał i pociągnął z małej buteleczki dość spory łyk, następnie zakręcił ją uważnie, i schował niedbale domowej roboty łyskacza, do kieszeni wytartego płaszcza. Rozejrzał się w około, nikt na niego nie patrzył. Był wściekły,
Co za cholerny świat! mruczał do siebie. Kolega z pracy żony, wie więcej o niej, i spędza z nią więcej czasu niż on.q..ski świat, krzyknął prawie, dobrze że przynajmniej mogą jeszcze na noc wracać do domu. Co prawda domy, ziemia, narzędzia produkcji i komunikacji, wszystko jest wspólne - w duchu nowego humanizmu, a naprawdę należy do władz. Nawet żona lub mąż były naprawdę w duchu nowego humanizmu, wspólne, "czyli należące do Kosmicznej Matki Materii - Gai, i w każdej chwili dekret urzędników miejskich, mógł odebrać żonę, męża, albo dziecko, "niegodnemu". Pretekstów było wiele. Za zły dotyk, za złe spojrzenie, złe słowa, lub nawet za złe myśli. Ale w innych krajach Gai [Gei] było jeszcze gorzej, tam nawet żony, mężowie i dzieci, nie wracali już na noc do domu
Każdy mieszkał w miejscu pracy, za wyjątkiem wyrzutków takich jak on. Po wspólnej kolacji i modlitwie szli do łóżek spać. A rano na dźwięk dzwonków wstawali, aby pracować dla Wielkiej [obłąkanej] Idei, czyli ekspansji Nowego Humanizmu we wszechświecie. Najlepsi, lecieli w nieznane. W starych blaszanych skorupach, niby zapeklowane puszki konserw, trochę otoczonego zardzewiałym metalem białka. Wcale nie przypominali ptaków, raczej jakieś niezdarne dziwolągi będące mieszaniną żelaza i organicznej materii, zupełnie jak bio-roboty.

Każdy naród miał inne normy, najgorsze i najbardziej wyśrubowane mieli Niemcy i plemiona germańskie. Przez pewien czas władze planowały stworzyć "planetarne bractwo". Francuzi mieli się mieszać z Niemcami, a rozmawiać mieli ze sobą po hiszpańsku. Polacy mieli się mieszać z arabami, i żydami, a mówić po rosyjsku. albo chińsku.
Oczywiście to wszystko było bardziej zróżnicowane, kraje podzielono na segmenty, i każdy segment miał mówić innym językiem i mieszał się też z inną nacją. Jednak próby stworzenia nowego człowieka, i nowej planetarnej rasy okazały się nie efektywne.
Ludzie wśród swoich pracowali wydajniej, i wytwarzali więcej. A jeszcze więcej, gdy mieli nad sobą nadzorców mówiących ich językiem, i znających ich obyczaje. A że nauka czytania i pisania zanikły, to i nauka języków podupadła, a w rezultacie eksperyment hodował jakieś dziwne miksy, nie potrafiące się nawet porozumieć często między sobą. Na skutek eksperymentów ludzie zamiast łączyć się, podzielili się na komunitarne plemiona i szczepy. Największą inwencje wykazali Niemcy, dzieląc się na dwieście osiemdziesiąt szczepów i plemion.A na ich terytorium powstało około osiemdziesięciu nowych języków. W pewnym momencie, nawet władza, przestawała to wszystko ogarniać
A zaczęło się niewinnie, od krachu światowej gospodarki, ręcznie sterowanej przez rządy. Najpierw przyszedł krwawy terror poprawności politycznej i alert stanu wojennego, spowodowany rzekomym zagrożeniem terrorystycznym najwyższego stopnia, i atakami hakerów na giełdy . Potem neurokomunizm, i dogmaty naukowej teologii. Społeczeństwem kolektywnym jest łatwiej sterować, myśleli posiadający władze w krajach planety. Kreowali więc bunty zwalnianych z pracy robotników, i jak zwykle ci którzy pracowali dla służb stawali na ich czele. Na wiecach i demonstracjach krzyczeli:

"domagamy się wspólnej własności!! dość ze zgniłym liberalizmem"

albo: "razem jesteśmy silni"

Biedacy nie wiedzieli, że ci sami którzy rządzili nimi wcześniej, przeprowadzali kolejną korzystną dla siebie transformację
Poletkiem doświadczalnym tym razem była Grecja, następnie kolej przyszła na Bułgarię, Litwę, Islandię, i Łotwę..
Powstała jedna światowa waluta i jeden globalny rząd [aby niby łatwiej zaradzić trudnościom]. Oczywiście terroryści rekrutowali się ze służb specjalnych, lub byli co najmniej z nimi powiązani.
Niewiele czasu po tym, rządzący planetą stali się czymś w rodzaju feudalnej klasy, uważającej się na dodatek za odrębną i wyższą rasę.
W tajnych laboratoriach, biolodzy i genetycy pracowali nad stworzeniem rasy panów, poprawiając materiał genetyczny rządzących, i ulepszając rasę pracowników pod katem ich użyteczności. W obu przypadkach eliminując nie pożądane elementy, a wzmacniając takie, które uważali za korzystne.
Przycinali ludzi jak drzewka w ogródkach, albo żywopłot na wiosnę, dlatego też biolodzy i genetycy byli nazywani "ogrodnikami"
Najgorszy los czekał tak zwane odpady, czyli ludzi którzy nie klasyfikowali się do żadnej rasy, wcześniej słabych, chorych i mało wydajnych oczywiście usypiano już po testach. Teraz w ramach oszczędności, służyli jako dawcy organów, czekając w szpitalach na swoją kolej, razem z w tym celu hodowanymi klonami. Nauki medyczne poszły bardzo od przodu.
Dwudziesty piąty lipca, stał się najważniejszym świętem planety. 25 lipca to był dzień w którym uśmiercono pierwsze chore dziecko w 1939 roku. Święto nosiło nazwę Dnia Naukowej Teologii. Innym ważnym świętem było święto Socjalnej Troski i Pochylenia nad rasą pracowników. To z kolei obchodzono w dzień kiedy Bismarck jako pierwszy łajdak, obrabował fundusze robotników w Niemczech, i państwo bezkarnie przejęło cudzą własność.
Ogarnął go buntowniczy nastrój, ale wolał uważać.
Przeszedł szybkim krokiem na drugą stronę mostu szczytnickiego, ponieważ na tamtym pasie ruchu były zepsute łapaczki, w slangu nazywane "chłopaczkami".
Łapaczki czyli łapacze myśli, -dzięki łapaczom władze kontrolowały czy obywatele nie maja złych myśli. Złe myśli to był taki krytyczny rodzaj myślenia wobec władz, systemu i rządu. I kiedy taki łapacz cię namierzył, powtarzał monotonnym głosem:

"zostałeś złapany, zostałeś złapany, jesteś namierzony"
co brzmiało cholernie irytująco.Wtedy stawałeś w miejscu i czekałeś aż przyjedzie policja myśli. Przyjeżdzała zwykle do piętnastu minut.
Minął go jakiś prawdata, podobny na oko do policjanta, gdy on przechodził na druga stronę ulicy. Prawdata ubrany był w czarny worek pokutny z kapturem, i z dużym napisem na plecach:
BLUŻNIŁEM MÓWIĄC PRAWDĘ,- PROSZĘ WYBACZCIE MI ZGORSZENIE, JAKIE UCZYNIŁEM WOBEC WAS.
o maluczcy !!! i idąc powoli, powłócząc nogami, uderzał się prawą pięścią w pierś, powtarzając monotonnym głosem:
moooja wi na mooja wina....moja bardzo...zgorszyłem,...o jak bardzo...o
-jęcząc przy tym niemiłosiernie i stękając, jakby odmawianie formuły skruszenia sprawiało mu cierpienie

Prawdzianie wyróżniali się tym że mieli taki okropny, beznadziejny wprost nawyk mówienia prawdy. Nie umieli widać biedacy kłamać, -przez co szokowali często otoczenie w którym żyli, i stawali się dla niego uciążliwi, jeśli nie nie znośni.
Ale wystarczył jeden telefon do biura poprawności i wszystko wracało do normy.Ten mały telefonik zmieniał ich świat w jedej chwili Wypędzony z wyznaczonego przez władze zgodnie z klasyfikacją społeczną domu, musiał włóczyć się, w czarnych szatach przypominających worek, i z piętnem na czole. Sypiał gdzie popadnie, a jedzenie zdobywał na śmietniku.
Zaraz za nim, jakby go śledziła, przechodziła pielęgniarka uliczna, tak zwana "street sister", w slangu nazywana "ulicznicą".
Ale nie było nic śmiesznego w instytucji ulicznicy.Ulicznica była panią życia i śmierci. Jeśli nie zrobiłeś obowiązkowych badań corocznych, a nawet jeśli zrobiłeś, i nie przedstawiłeś sprawozdania przed Wysoką Izbą, [ -oczywiście nie osobiście, ale wysłanego droga pisemną oświadczenia, kto by takich malaków, małaczków i szaraczków chciał przyjąć w Wysokiej Izbie Ludowej?], to mogłeś mieć spore problemy.
Aha, same siebie 'striterki" nazywały "śliczne -uliczne", lub ślicznymi siostrami, -i tak do siebie mówiły.
Jeśli następnym razem wymigał się taki od powszechnych, jawnych i obowiązkowych badań, to niestety uznawano go za poważnie chorego i niebezpiecznego dla społeczeństwa, a przeznaczano takiego zwykle do uśpienia, czyli eutanazji.
I dla takich opieszałych jak on, siostra uliczna była kimś w rodzaju rakarza usypiającego bezpańskie psy. Psy za którymi nikt się nie wstawi i nie ujmie. Bezdomne i bezpańskie.Włóczące się bez celu po ulicach miasta.
Kartę badań należało tez nosić stale przy sobie. Po co? Nie wiadomo. Przecież wszystko było zapisane w mikroczipach
Grupa krwi, i stan narządów wewnętrznych, mapę genetyczną, klasyfikacje, numer i identyfikację, przeznaczenie społeczne, stan zdrowia, przebyte choroby, itd.
I kiedy jakiś dostojnik potrzebował nagle któregoś narządu, mogłeś zostać zgarnięty z ulicy do szpitala w każdej chwili, co ludzie nazywali "łapankami". Jak wyglądała łapanka? Zwyczajnie. Czujniki namierzały ludzi o największej zgodności narządów z biorcą, i wtedy... zaczynała się "łapanka" albo "branka", a lekarze wraz z policją otaczali teren i ścigali umierającego nieszczęśnika aż do skutku. Czasami zdarzało się że ten wiedząc o swoim przeznaczeniu umierał ze strachu na zawał lub wylew. Albo stał sparaliżowany bez ruchu i czekał nie mogąc się ruszyć z miejsca.

Idąc myślał o książkach z "czasów wielkiego absurdu i zamętu" , które podtykał mu dziadek gdy był jeszcze dzieckiem, i razem z rodzicami mieszkali u niego w Chorzowie, a potem w Siemianowicach, -dokąd dziadek się przeniósł. Książki propagowały idiotyczne typy osobowości, i chorych ludzi, którzy zamiast wykonywać sprawnie swoją pracę,... mieli do spełnienia jakąś urojona przez siebie misję. Lekarze zamiast leczyć, mieli misje, i nauczycielki zamiast uczyć miały do spełnienia misję. Takie chore życiowe postawy propagował między innymi niejaki Żeromski [?] [Żeroński?, albo Żeranski] jeśli nie pomylił nazwiska. W innych państwach jak w Anglii lekarze po prostu leczyli, a nauczyciele uczyli, bez skrzywiania charakteru, i marnowania swojego życia, i niepotrzebnych niczemu i nikomu "siłaczek"
Straszne to było i pokraczne. A jakie wynaturzone.Całe życie, to jedna wieka pomyłka, porażka i oszustwo, a następnie replikacja szkodliwych sposobów zachowań na następne pokolenia, żeby klątwa i czary działały nadal. Prawie tak beznadziejnie jak teraz w Nowym Ładzie Powszechnym.
No aż tak, to może nie Złapał się na tym, że ostatnio lubi przesadzać, i narzekać.


Wszedł do kościoła, aby złożyć wyznanie wiary, i pomodlić się, -naprawdę to był zmęczony bezsensownym łażeniem po mieście, ale nie chciał wydawać pieniędzy na kawiarnie. Ukląkł w trzecim rzędzie, miedzy staruszkami, a sympatyczną dziewczyną, i patrząc na nią, zaczął recytować wyznanie:
wierze w wielką boską siłę maszyn,
i kreatora którego duch jest ukryty w maszynie,
czcze materię jako jedyną, i nic poza nią nie widzę
Nowej teologi nauki,
pokłon, i pokłon przed duchem w maszynie,
i przed wielkim Karolem Darwinem, który prawdę nam objawił
jako prorok
w tym czasie kiedy wierni bili pokłony, kapłan wchodził trzymając w obu dłoniach złoty podobny do pieniądza owalny przedmiot,
śpiewając:
-otoo jeest syym bol atomu materii, najświętszego ze świętych, a poza biologią niiic nieeee maaaa-
-nic nie ma nic nie ma nic nie ma- odpowiadali na klęczkach wierni
Wierni już wstawali, a wcześniej klęcząc całowali kapłana w rękę, odnawiając jednocześnie akt przysięgi wobec władzy,
recytując kilka pierwszych formułek,
urodzony dla ludowej władzy,
jako elektron wielkiego atomu
wychowany w posłuszeństwie
wobec Wybranych przez
Kosmokreatora Matriksu
świętej materii, której tajemnice
wyjawił nam
Karol Darwin,.....

i tym podobne pierdoły, ale jemu zależało żeby posiedzieć jeszcze w Kościele Nowej Wiary Powszechnej, bo w nim było cieplej niż na zewnątrz, szedł więc w stronę kapłana na kolanach powoli jak tylko mógł . W końcu pocałował kapłana w kolano i jego leniwą i pulchną rękę, czując okropny niesmak, a kapłan gwałtownym ruchem spoglądając jednocześnie na zegarek wyprosił go na zewnątrz, wskazując drzwi.
- My też pracujemy na godziny przeliczane potem na punkty , nie myśl sobie cwaniaczku-, rzucił gniewnie w stronę jego pleców.
Wychodząc z kościoła usłyszał płynące z charczącej szczekaczki, południowe prognozy horoskopowe dla znaków zodiaku[ocenzurowane] i przewidywany stan stężenia powietrza . Wszystko tu było nieprawdą. nawet internet został zakazany, ponieważ emitował zbyt dużo co2 do atmosfery.!!! A korzystanie z jego usług wymagało wielu pozwoleń i koncesji.Takiemu jak on na pewno by ich nie wydali.

Piegusek zamknął zeszyt i owijając go w delikatną tkaninę schował pod łóżko.... czytaj dalej tu