Pokazywanie postów oznaczonych etykietą transhumanizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą transhumanizm. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 sierpnia 2010

Wojny Satelit przeciw matriarchalnym komunistkom, czyli komutriksom



Wojny Satelit przeciw matriarchalnym komunistkom, czyli komutriksom

opowiadanie

W komunistycznym matriarchacie który miał być receptą na wszystkie bolączki świata nic nie było jasne ani pewne. I z tego też zdawało by się banalnego powodu, komunistyczny matriarchat nazwany został "enigmą". Enigmą pisaną z małej albo też z dużej litery. Prawie cała planeta uległa tej histerii. Bo przecież miało być tak dobrze. Pierwszy raz świat miał powstać zupełnie całkiem z ludzkiej głowy. Miał zostać wymyślony. Stworzony na obraz i podobieństwo ludzkiej myśli*. Tak jakby ludzie chcieli żeby był, a nie taki jaki jest. I tak jak sobie zamarzyli żeby było. Guru matriarchatu został oczywiście mianowana Engelsa. Od początku nie podobało się to mieszkańcom rozrastających się ciągle satelit. Do satelit przyłączyła się już wtedy Ziemia i kilka zamieszkałych planet z sąsiednich układów gwiezdnych. Prawa kosmosu są takie jakie są, i próby ignorowania ich zwykle nie przynoszą ludziom dobrych skutków. Satelity poszły w swoim rozwoju technologicznym znacznie do przodu. Wystarczy powiedzieć że Perpetum Mobile Drugiego Rzędu było tam powszechne już od co najmniej kilku dziesięcioleci. Ilość, i łatwość produkowanej taniej energii sprawiała że prawie wszyscy ludzie, którzy oczywiście chcieli, mogli się zająć pracami nad wynalazkami co się bardzo na satelitach opłacało. Bo można było na tym całkiem nieźle zarobić. Zarobić w elektronicznej walucie na którą były przeliczane wszystkie systemy monetarne będące tam w obiegu. I co ważne wymienić jak się chciało na złoto, platynę, srebro albo kamienie szlachetne. Lub nawet molid tak poszukiwany w całej galaktyce. Bez zbędnego napięcia rozmyślać sobie i kontemplować nad prawami przyrody, studiować albo zajmując się wymianą towarów pomiędzy planetami i układami gwiezdnymi, czyli galaktycznym kupiectwem. Czyli każdy tam robił co chciał.

W Enigmie na początku komunizm miał być wolnościowy. Oparty na grupach dobrowolnych konkurujących ze sobą komun. Natomiast niechętni mogli żyć nadal swoim życiem, niejako z boku i poza. Ale to tylko na początku tak było. Bo niedługo po, najpierw siłą presji i perswazji, następnie restrykcji, i ograniczeń a potem i represji, prawie wszyscy dołączyli się do Enigmy. Prawo komutriksu robiło się coraz bardziej surowe i dogmatyczne. Szczególnie zajadle ścigany był tak zwany rewizjonizm naukowy, a tych którzy mieli odwagę podważać lub kwestionować naukę czekał nie wesoły los, bo zabierano ich do tak zwanych obozów poprawy. Właśnie zakonspirowana grupa młodych naukowców podważająca naświętszy dogmat nauki planetarnej czy Drugą Zasadę Dynamiki pod pozorem krzewienia ideii komunizmu matriarchalnego zgłosiła się na ochotnika w podróż na Satelity. Na początku młodzi zbuntowani spiskowcy chcieli obalić dogmatyzm panujący w filozofii i nauce planety, lecz uznali że to nie ma sensu i zrezygnowani postanowili uciec. Oczywiście gdy tylko wysiedli na Wenus od razu zamiast nauczać poprosili o azyl, i azyl taki natychmiast otrzymali. Satelitarianie po raz kolejny odesłali z powrotem na planetę starszawy dosyć i pordzewiały kosmolot. Nie było to wcale śmieszne, a ludzie ci nie należeli do tchórzy. Kilku śmiałków zostalo już przecież na planecie spalonych za to że śmieli publicznie zanegować II święte przykazanie termodynamizmu [czyli po naszemu II zasadę termodynamiki] Mogliby jeszcze co prawda odwołać swoje blużnierstwa, lecz gdyby nie kwestionowali także przymusu badań medycznych pracowników komun. Na tajnym zebraniu Wielcy Kapłani Ludu wspólnie z Demokratycznym Kolektywem Nadzoru Roboczego, ubrani i ubrane jak zwykle w kolorowe sukienki i z pomalowanymi ustami, uchwalali wyroki. Niby wyroki wydawała wyrocznia, ale nikt w to naprawdę nie wierzył. Płonął więc stos a kapłana z surowym wyrazem twarzy odczytywał wyrok

- W imię Wielkiej boga, która stworzyła świat cały! Największy i bez miary.
W imię tej o bracia, która stworzyła naukę i medycynę oraz humanizm ekonomiczny i ekonomię humanistyczną na dziejowej drodze rozwoju ludzkości do komunizmu i matriarchatu! I nakazała stosować ich owoce, brać też czynny udział w przymusowych badaniach medycznych i szczepieniach. Abyś ty bezduszny potworze nie blużnił więcej przeciw niej, i nie grzeszył ochydnie już więcej przeciw niej - tu zawiesił na chwilę głos, po czym dodał - skazujemy ciebie na karę stosu. Bo tak powiedziała boga, poprzez usta wyroczni -
w tym momencie odzywały się dżwięki werbli, a zgromadzeni licznie ludzie obrzucali złoczyńców kamieniami i złorzeczyli im. I wyglądało to mniej więcej tak - czy wiesz głupcze co by się stało gdyby druga zasada dynamiki przestała działać! Ty skończony idioto - mówił jakiś skrajnie pobudzony i agresywnie wyglądający jegomość w stronę skazańca, stukając się jednocześnie pięścią w czoło. Lub - Nie po to nam boga przekazała naukę abyśmy ją szargali ty durniu, a może jesteś także przeciw przymusowi szczepień a nawet za dobrowolną wymianą usług pomiędzy ludżmi jak jakieś ostatnie wyrzutki. No powiedz! Przyznaj się ty durniu - krzyczał w jego stronę starzec bezczelnie wpatrując się w twarz oczekującego każni biedaka. Skazany potwornie zmęczony procesem, niewyspany i spragniony, marzył tylko o jednym żeby jak najwcześniej umrzeć i odrodzić się w jakimś bardziej sensownym miejscu. Ponieważ tak się składało że większość kwestionariuszy planety wierzyła także w wędrówkę dusz. Co do kolorowych sukienek, zwyczaj ten został przejęty z Polandii gdzie ludzie z grupy kierującej krajem na swych tajnych spotkaniach spotykali się ubrani w kolorowe sukienki i z umalowanymi ustami. Dlaczego? Nie wiadomo. Archeologia kosmiczna milczy na ten temat. Przewertowałem wiele ksiąg w ogromnej bibliotece w Dewannie i nie znalazłem niestety nic. Nic co mogło by chociaż przybliżyć motywy takiego postępowania. Nie napisałem jeszcze że w matrialchalnej ekonomi obowiązywał tak zwany element dobra. Chciałbym jednak zaznaczyć że dobro pojmowane było w tamtych czasach dość specyficzne, to znaczy że kojarzyło się raczej z tchurzostwem, lenistwem, bezmyślnością i opieszałością a nie właściwym czyli "dobrym" działaniem.

System i kultura planetarna były w swoim okresie póznojesiennym, jeśli tak można powiedzieć. I przypominała przejrzałą gruszę, jeszcze co prawda nie zgniłą ale już przejrzałą. Wszystko rozpadało sie powoli i stopniowo, lecz ludzie jakoś żyli i radzili sobie tak jak tylko potrafili. Pech jednak chciał że pewnego dnia wylądował na planecie statek kosmiczny, a podczas lądowania pilot zostal ranny. Niestety pilot zostali uwięziony, on i cała jego rodzina. Żona i trójka dzieci. Mało tego, dzieci i żona stały sie zakładnikami a pilot musiał wykonywać polecenia pod grożbą utraty życia jego rodziny. Miał ich wozić na planety z misją. Jak to oni mówili - z dobrą nowiną - Mieli latać na planety i propagować idee komunizu matriatchalnego. Na jednej z planet natrafili na komunistyczny patriarchat. Komunistyczny patriarchat to wcale nie była taka śmieszna sprawa jak mogli niektórzy przypuszczać. Kosztem wielu ograniczeń w dziedzinie konsumpcji, rozwinęli bardzo przemysł militarno zbrojeniowy. Pracowali nad bronią klimatyczną, magnetyczną i laserową.
Kiedy nastąpił wzrost zainteresowania przemysłem zbrojeniowym wojskowi podstępnie przejęli władzę nad komuną. Zewnętrznie, bo wewnętrznie rządziły tajne służby. Jednak największym problemem kompatru był niestety brak kobiet. Politykę urodzeniową prowadzili w taki sposób że rodzili się prawie sami chłopcy Jak mogli o czymś tak ważnym jak kobiety zapomnieć? Ano mogli. Ktoś w ministerstwie zapomniał. W kommatrii zapomnieli także, bo tam rodziły się prawie same dziewczynki. Chlopców i mężczyzn używano do najcięższych i najbardziej podłych prac. Na początku po wymianie i zbadaniu próbek genetycznych nawet chcieli się wymieniać brakującymi dziećmi. Lecz jedni uważali że dziewczynki są cenniejsze od chłopców, a drudzy że chłopcy. Potem nastąpił między tymi dziwnymi społeczeństwami konflikt. Wyobrażcie sobie społeczność złożoną prawie wyłącznie z kobiet, albo prawie wyłącznie z mężczyzn. Patriarchowie postanowili za uczynione im zniewagi zniszczyć matriarchów, a dokładnie matriarchanki. I przepełnieni gniewem niby dawni grożni bogowie, polecieli w tym celu na planetę kobiet.

Pewnego pięknego dnia przyleciały też na Satelity matriarchanki. Chciało by się powiedzieć: niestety. Przyleciały w tym swoim jedynym statku kosmicznym. Niestety, ale nie dla satelitarian. Oni byli przygotowani i czekali na takich nieproszonych gości. Matriarchanki wypakowały gdzieś w Wenusjańskim lesie pięćdziesięciu żołnierzy czyli wszystkich z pierwszego transportu, i potem poleciały po następnych. Latały tak chyba ze cztery razy. Oczywiście dowódcą całej grupy i jej zastepcą były kobiety. Kobiety były dowódcami drużyn, tak zwanych dziesiątek i plutonów. Jak to w komunizmie bywa wszyscy są równi lecz niektórzy sa równiejsi. Więc w tym wypadku kobiety były równiejsze. Bitwa w wenusjańskim lesie trwała bardzo krótko, i potraktowana została przez satelitarian jako rodzaj manewrów wojskowych. Oczywiście w wyniku tej potyczki nie zginął nikt, choć kilku matriarchan zostało rannych. Resztę wzieli do niewoli. Głodni, zmarznięci i zmęczeni żołnierze poddali sie bardzo szybko. Natomiast grupa broniących się dowódczyń polewana z helikopterów wodą, traktowana polem wysokiej częstotliwości szybko padła i otoczona przez grożnie wyglądające roboty została wzięta do niewoli. Ci z matriarchan którzy chcieli poprosili o azyl i wkrótce zostali uwolnieni. Reszta to jest około dwunaście osób przebywała nadal w niewoli.

Wyjasnienie.

Próby ganienia zwolenników komun i wszelkich form kolektywizmu są może nazbyt przedwczesne. Ponieważ dążenie do kolektywizmu jak wyjaśniono, ma prawdopodnie podłoże genetyczne. Zarówno mieszkańcy kommatru i patrkomu posiadali tak jak zwierzęta a w przeciwieństwie do ludzi, jedynie dusze zbiorowe, nie posiadając dusz indywidualnych. Wynikiem takiego stanu rzeczy jest pochodzenie co prawda w stopniu śladowym od jaszczurów. Po prostu tysiące lat temu mieli jakiegoś jaszczurzego przodka. Jest to na tyle znikome że mogą łączyć się bez problemów z innymi przedstawicielami ras humanoidalnych, w tym także ludzi, jednak pamięć kolektywna umiejscowiona w tyłomózgowiu sprawia że są posiadaczami duszy kolektywnej, a dusza indywidualna nie mogła sie niestety w nich zagnieżdzić. Czasami ułamkowe różnice decydują o tym czy dana osoba posiada duszę zbiorową czy indywidualną. Zdaża sie nawet że w jednej rodzinie żyją przedstawiciele dusz zwierzęcych w ludzkich ciałach, i ludzi z indywidualnymi duszami. Na Ziemi żyją także hybrydy ludzi i zwierząt, głównie związków ludzi z jaszczurami, dowodem na to jest występowanie duszy zbiorowej i jej manifestacja w postaci komunizmu, socjalizmu, i innych idei kolektywnych. Nie znaczy to wcale że istoty ludzkie o duszach zwierzęcych mają być wyjęte spod prawa. Lub że można zadawać im bez powodu ból i cierpienie. Z naszego punktu widzenia są pół ludżmi pół zwierzętami, chociaż często osiągaja podobnie jak ludzie wyjątkową sprawność intelektualną lub fizyczną, jednak wszelkie próby odbierania im praw należnych ludziom należy jak wspomniałem przed chwilą zdecydowanie potępić. Ziemianie w zamierzchłych czasach mieszali się często z innymi rasami przybyłymi na Ziemię z odległych planet. Nawiasem mówiąc, pojawia się też pytanie, czy społeczność patrkomu i kommatru posiadała jedną duszę zbiorową, rozbitą w wyniku swoistej [kulturowej] dysocjacji na aspekt męski i żeński, czy raczej były to dwie różne dusze kolektywne.

Blu Skaj finkers i Maszyna Umysłu




-opowiadanie


Pierwszy wyglądał jak żaba która przed chwilą wyskoczyła ze śmietnika. Ani śladu elegancji i dobrego smaku nie było w jego ubraniu, wyglądzie ani i w nim samym. Mało tego, on wyglądał jakby całe życie spędził grzebiąc w osiedlowym śmietniku lub śpiąc w przydrożnym rowie pośród łopianowych liści. Oprócz beznadziejnego wyglądu, Pierwszy słynął także z tego, że przedstawiciele innych krajów klepali go zazwyczaj po plecach. O czym też z zachwytem opowiadał godzinami swoim współpracownikom. Którzy, hm, musieli go niestety słuchać. Do tego udając przy tym wielkie zainteresowanie, a jeśli chodzi o tych którzy chcieli awansować musieli nawet nieszczerze go podziwiać i udawać zachwyt. Zwycięskiej idei jakoś nie było w Pierwszym widać. W jego szarej, wymiętej, przypominającej porządnie wykręcony ręcznik, i nijakiej twarzy. Nie było bo i jak? Wszytko co związane z nim kojarzyło się przecież z przegrywaniem i bylejakością. Wielkie Psy jakie go otaczały, a i Grube Koty, nie były wcale zmartwione takim obrotem sprawy. Wręcz przeciwnie, specjalnie wybrali takiego człowieka, bez charakteru, giętkiego niby wierzbowa witka na wietrze. I miękkiego jak plastelina bez wysiłku formowana w ich dłoniach stosownie do potrzeb. Mieli przecież jeden cel, wyciągnąć jak najwięcej pieniędzy. Najwięcej pieniędzy mogli wyciągnąć poprzez heglowskie socjalne państwo. Ono się do tego najlepiej nadawało. Było wielką maszyną ssącą, było maszyną wypijającą krew z większości wyzyskiwanego społeczeństwa. Z biednych ciężko pracujących w pocie czoła ludzi. Demoniczną Maszyną Wampiryczną -jakbyśmy mogli ją nazwać. Bo wypijającą krew. Nie dlatego że lubili socjalizm i etatyzm, ale dlatego że się do tego świetnie nadawał. Jakby Heglowska Maszyna Zła była do tego celu stworzona i pomyślana. W głębi duszy tak naprawdę pogardzali bardzo socjalizmem i heglizmem, uznając heglizm za ideologię dla ubogich umysłem i leniwych. Oni chcieli być panami siebie samych! - Żadnych cudzych bogów przede mną. Ja jestem centrum mojego świata i nikt inny - mawiali do siebie. Chwilami zdawało się że życie w tym kraju jest już niemożliwe. Tyle było sztucznych i pustych a pozornie wielkich ideii zajmujących prawie całą przestrzeń. Kiedy na przykład szedłeś ulicą to wydawało ci się nieraz że jest od nich w powietrzu aż duszno. Że powietrze aż gęstnieje i oddychając nim dusisz się i dławisz. A one wchodzą w ciebie poprzez dziurki nosa i zagnieżdżaja się niby szkodliwe bakterie i wirusy w całym organizmie, i w każdej komórce twojego ciała. Byłeś pełen czegoś obcego w sobie, czegoś co nie jest twoje. Z zewnątrz przyklejały się do ciała by następnie poprzez pory skóry przenikać do wnętrza. Wchodząc do krwiobiegu, i płynąc dalej bezczelnie razem z nim. Kto im dał na to zgodę? Przecież wiedziałeś jak każdy normalny i zdrowy człowiek że twoje ciało należy tylko i wyłącznie do ciebie, podobnie jak twoja dusza i twoje myśli. Wracając do Wielkich Psów. Wielkie Psy dla zabawy rzucały czasem różne opinie. I potem obserwując reakcję bawiły się świetnie. Na przykład środowiska katolickie i narodowe nie wiedząc o tym wcale i zapewne nie mając tego żadnej świadomości zaciekle walczyły o heglowskie państwo umierając ze strachu na samą myśl że państwo to może się rozpaść, osłabnąć, albo co nie daj Bożę stać się częścią innego większego lub bardziej sprawnego państwa. Wykonywali za nich całą ich robotę, i to praktycznie za darmo. Często w zamian otrzymując jako zapłatę śmiechy, kpinę a czasami nawet pogróżki ze strony policji. Oj umieli oni ludzi zagnać do roboty. Umieli! Tych wszystkich beznadziejnych i nie uleczalnych głupców, którzy nie troszczyli się o swoje sprawy lub mieli nadmiar wolnego czasu i nie wiedzieli co z nim zrobić. Wypasione Leniwe Tłuste Koty wylegujące się godzinami na egzotycznych plażach w promieniach słońca i Grube Ryby były jakby poza tym. Grube Ryby jakby, a Wypasione Tłuste Koty całkiem. Koty myślały pragmatycznie. Jeśli wspieranie interesów innego państwa przyniesie im więcej pieniędzy i w konsekwencji więcej władzy to czemu mają tego nie robić? I robiły to wspierając finansowe i przemysłowe lobby bez względu na kraj pochodzenia. Wspierały też interesy innych państw na terytorium własnego. Najchętniej jeśli były poprawne politycznie. Jeśli były mniej poprawne wspierały ich interesy mniej jawnie. Poprawność polityczną miały gdzieś, lecz dążyły do minimalizacji utraty energii w działaniu a dokładniej do działania przez pozbawione zupełnie wysiłku działanie. Siedząc u siebie na starym krześle przy drewnianym stole w kuchni i małymi łykami popijając kawę, rozmyślał o tym wszystkim Hobo. Nie żeby go polityka specjalnie interesowała ale takie miał tego popołudnia myśli.

Jak było? Z pewnością zapytacie. Przeciw Łopianowemu Królowi czyli Pierwszemu, i jego beznadziejnym rządom wystąpił pewien z pozoru szalony młody naukowiec. No dość młody. I nie dlatego że uważał się za jakiegoś szlachetnego buntownika walczącego ze złem świata. Napisałem przecież że polityka go specjalnie nie interesowała. O nie! Tak nie było. Było zupełnie inaczej. Zwyczajny nieudacznik nie potrafiący się poruszać po coraz bardziej skomplikowanych zaroślach życia. Mnożących się z każdym dniem utrudnieniach i przepisach ustanawianych przez starzejące się coraz bardziej i przybywające na wadze i siwiejące wraz z upływem lat Wielkie Psy, Tłuste Koty i Grube Ryby. One przecież czuły za plecami zdyszane i przepełnione nienawiścią oddechy wykluczonej konkurencji. Czuły ślepy gniew. To wściekłe Młode Wilki walczyły z nimi o miejsce w stadzie i rolę do odegrania w życiu. Psy a z nimi Koty i Ryby czuły się coraz bardziej wystraszone i budowały jeszcze większe fortece. Mury mające oddzielić ich i ich dzieci od reszty rosły. Powiem więcej, te grubaśne mury i niezwykle solidne fortece miały pilnować ich pozycji. Więc szalony naukowiec nie potrafił się odnależć. W życiu tak pełnym sztucznych barier, przeszkód i zastawionych pułapek na drodze wiodącej do zamku wraz z upywem czasu miał coraz więcej żalu do tych którzy jego życie spieprzyli. Na początku co logiczne, chciał zbudować Maszynę w celu całkowie egoistycznym. Chciał ją zbudować po to aby łatwiej żyć, nie mogąc dokonywać racjonalnych wyborów, i nie znając odpowiedzi na zadawane przez siebie pytania. Nie miał też wyjątkowej intuicji. Lata spędzone na grach liczbowych i spora sumka pieniędzy jakie przegrał mówiły o tym same. Jeszcze razem ze swoją byłą dziewczyną, a potem już sam, pozostawiony przez nią z powodu życiowego nieudacznictwa i biedy. Kiedyś mógł brylować na salonach, i udzielać komentarzy dla prasy na prawie każdy temat, jeśli oczywiście o taki komentarz zostałby poproszony, jednak zupełnie nie potrafi kręcić się wokół swoich spraw ani chodzić koło nich. Z drugiej strony nie chciał być owcą idącą posłusznie w stadzie, ani owczarkiem tego stada pilnującym dla pasterzy. On chciał być wolnym jeźdźcem. Autostradowym chłopcem, który jest tam gdzie chce i kiedy chce. W każdym razie jak to mawiał od mądrości zgłupiał i nie wiedząc co robić spędzał bezmyślnie czas. Następnie po roku lub dwóch, od głupoty zmądrzał. Pozornie bezczynnie spędzając czas. Pewnego dnia słuchając jakiejś płyty uzmysłowił sobie że całe dwa dziesięciolecia spędził na poszukiwaniu błędów w sobie. Czy to było złe? Nie, szukanie błędów jeśli sam proces poszukiwań nie zamieni się w obsesje, to świetna sprawa. Jednak nie tylko całkowite pogrążenie się w sobie. Trzeba też patrzeć w przyszłość i szukać nowych rozwiązań. On niestety nie szukał i widział że wielu ludzi będących pod wpływem różnych nurtów tak zwanego religionizmu, lub jak się mówiło w skrócie religizmu patrzyło głównie w siebie, zapominając o tym co jest przed sobą. To dobra postawa dla tych których życie jest stabilne, dla takich jak on jednak nie. Przeżył wtedy małą rewolucję i iluminację.

Wybudował więc maszynę Umysłu. Lecz nie wyprzedzajmy faktów. Pewnej nocy zasnął jak zwykle we śnie szukając zapomnienia od trosk dnia przepełnionego z powodu niewiedzy bezczynnością. Niby nic, jednak przyśnił mu się dziwny sen. W tym śnie zwiedzał jakąś obcą planetę. Położoną ładny kawałek od naszego Układu Słonecznego.
Na planecie panowały rządy korporacyjne, na które przyszła kolej po bardzo krótko trwającym tak zwanym liberalizmie, z całkiem prawie swobodną wymianą towarów i usług. Następnie zapanowała długa ciemna noc koszmarnego antyludzkiego heglizmu. Gdzie niegdzie zwyciężył miły jego sercu libertaryzm, choć nie wszystkim chętnym starczało środków żeby przenieść się do jednej z planetarnych libertarii. Jak wyglądał korporacjonizm, bo niektórzy mogą go pomylić z pewną odmianą ziemskiego heglizmu. Korporacjonizm na tamtej planecie polegał na dobrowolnych związkach między ludźmi ze względu na podobieństwa występujące między nimi, jak na przykład podobny rodzaj wykonywanej pracy, podobne poglądy polityczne lub nawet zamiłowania. Więc planeta przypominała sieć dobrowolnych związków posiadających własne prawodawstwo i obyczaje. Przypominało mu to trochę stare polskie prawo dla żydów lub ormian, gdzie właśnie poczucie podobieństwa decydowało o przynależności a nie zajmowanie jakiegoś terytorium. Państwa narodowe odeszły na planecie dawno w niepamięć. Potem odeszły w niepamięć państwa terytorialne. Nad wszystkim stała Rada Planety wybierana w głosowaniu przez prawie powszechny internet. Internet działał też na sąsiednich księżycach planety zamieszkałych przez osiedleńców od paru pokoleń. Nie było żadnego parlamentu bo i po co. Przytłaczającą większość spraw rozstrzygali ludzie na internetowych forach i podczas głosowań przez internet. Tak było od czasów Internetowej Rewolucji podczas której władza planetarnych rządów została obalona. Sami tego chcieli, próbując wprowadzić przymusową cenzurę w necie. Zmieniła się też religia, stare tradycyjne kulty odeszły do przeszłości. Nikt już nie był sędzią sumień innych ludzi i dawcą przepustek do duchowych krain po śmierci. Rewolucja internetowa obala też przy okazji rządy. Internauci obalili je mając dość skorumpowanych i zdemoralizowanych polityków pasożytujących na ich ciężkiej pracy i odbierających im ich wolność. Naprawdę zmietli je z powierzchni ziemi
- Nie chcemy już państw ani politycznych struktur kontroli - mówili do siebie podczas licznych rozmów jakie przeprowadzali ze sobą w sieci - ponieważ wiemy że po drugiej stronie granicy żyją ludzie podobni do nas - Oczywiście rewolucja miała charakter dosyć pokojowy, i w wielu miejscach planety nadal istnieją jeszcze państwa. Jedne są wielkości zaledwie łupiny od orzechów, inne całkiem duże, i nawet opętane nadal paranoją heglizmu. Internauci tworzą też konstytucję planety. Planetarna Konstytucja jest z założenia bardzo prosta. Pierwszy jej punkt brzmi:

Każdy człowiek jest wolny, i nie ma prawa naruszać wolności i własności innych ludzi.
Może więc całkowicie swobodnie dysponować własną energią i czasem,
oraz powstałymi w wyniku jego działania zasobami

Można by powiedzieć że pierwszy i ostatni. Chociaż są jeszcze komentarze i podpunkty do niej. Wspólnota Korporacjorjan, bo nie wiem jak ją nazwać nie ma stolicy ani władz. Korporacje wybierają swoich przedstawicieli do Rady Planety, a sama Rada stanowi bardziej ciało arbitrażowe niż prawodawczo-ustawodawcze lub sądowo-wykonawcze, albo reperesyjne. Wojsko i aparat przemocy na planecie ma charakter pracy kontraktowej i jest związany z usługami. Policjant to tam podobnie jak strażak i wojskowy przedstawiciel sektora kontraktowych usług. Nie ma prokuratorów ani sędziów, bo i po co. Jest prawo lokalne, obyczajowe i korporacyjne i każdy kto naruszył wolność lub własność drugiej osoby musi się do niego dostosować. Ludzie umówili się ze sobą jakie w danych regionach panują prawa i tyle. Jak ci się nie podoba to możesz się przenieść w miejsce które ci odpowiada. W ogóle bardziej zwraca się uwagę na skutki i samo działanie niż na jego możliwą potencjalność. Więc jeśli jedziesz po pijanemu rowerem to twoja sprawa. Jeśli jednak popełnisz wypadek bedąc pijany kara jest surowsza. Wtedy nie masz nic na swoją obronę. Generalnie odeszły tam w niepamięć wszelkie fałszywe nauki moralne i religijne mające obrabiać psychikę zniewalanych ludzi, przez tych którzy rządzili nimi. I granie na emocjach i uczuciach innych nie jest tam mile widziane. Zdecydowanie w prawie wszystkich dziedzinach życia liczy się skuteczność a nie papiery i pieczątki. Idziesz dajmy na to do jakiejś firmy i mówisz że chcesz u nich pracować, a oni pytają ciebie - pokaż nam co potrafisz - Mówią wtedy po prostu - pokaż nam co potrafisz -
Na sąsiedniej zamieszkanej planecie, o czym dowiedział się z międzyplanetarnej telewizji, mają takie aparaty do mierzenia potencjału ludzkiego umysłu i stanu ludzkiej wiedzy, czyli tak zwane umysłometry. Nie jest to u nich rzecz bardziej rzadka niż u nas aparaty do mierzenia ciśnienia. Mają też aparaty do mierzenia stanu ludzkiego zdrowia. Jest tam u nich możliwe prawie wszystko do zmierzenia, samopoczucie i poziom stanu psychiki, pozom aktywności intelektualnej i poziom energii.


Hobo obudził się nagle i wiedział nad czym będzie pracował. Zadzwonił o ósmej rano do Berlina do nieprzytomnego jeszcze Mahhomeda Shwartza i powiedział mu że rezygnuje z roboty jaką ten mu znalazł. Mahhomed trochę po znajomości poprzez agencję w której pracuje znalazł mu pracę przy sortowaniu owoców na farmie. Następnie zadzwonił też do Hansa Abdulla aby tą wiadomość potwierdzić. Hans naturalnie był wściekły. Jeśli chciałeś znależć jakąś robotę sezonową przez agencję to chodzić musiałeś na kolanach czasami całymi miesiącami. I jeszcze robili ci wielką łaskę. Hobo to był przecież nikt, zwyczajny włóczęga. I tak by przecież zresztą tam nie dojechał. Autokary stały zaparkowane w bazach firm przewozowych bo całe Niemcy obchodziły święto powrotu nauk Proproka, a skażenie środowiska było tak duże że samoloty miały zakaz lotów. Oni więc bez problemów znaleźli na jego miejsce zastępcę a on mógł przystąpić do pracy nad maszyną umysłu. Najpierw skonstruował tak zwany Oscylator Umysłu. Oscylator miał za zadanie wymieniać między ludźmi pliki myślowe, czyli wszelkie wartościowe spostrzeżenia związane z wyrazami kluczowymi. Przestraszył się jednak że Maszyna po niewielkich modyfikacjach może być wykorzystana przez rządzących do kontroli poddanych im ludzi. Tak stało się przecież z Sugestonomem. Sugestonom miał zwalczać depresję a został wykorzystany przez władzę do propagandy i potem także przez agencje reklamy, aby zwiększyć sprzedaż towarów firm dla których agencje aktualnie pracowały. Wyglądało to mniej więcej tak. Budził się Hobo rano i pierwsze co słyszał nawet nie wypijając jeszcze swojej porannej kawy, to słodkim głosem wypowiadane slogany w stylu - Hobo chłopie nie uwierzysz! Mamy dla ciebie nowy wspaniały produkt....musisz go koniecznie kupić. Pamiętaj, nie rób nam zawodu, wszyscy w firmie kochamy cię - i takie inne pierdoły. No dobrze, jak było z tym oscylatorem. Hobo wstał rano, no nie tak znowu rano, piętnaście po dziesiątej i zaczął rozmyślać nad zmianą swojego życia - Zmieniając siebie - powiedział głośno do siebie stojąc przed lustrem - podobno zmieniamy świat który nas otacza. I myśli i uczucia maja wielki wpływ na nasze życie - Rozpoczął więc eksperymenty nad modlitwą chrześcijańską, i zaczął badać jej wpływ na swoje życie. Następnie przeszedł do medytacji wywodzących sie z buddyzmu. Denerwował go subektywizm to znaczy niemożność obiektywnego zbadania za pomocą -jakbym to ja powiedział- naukowego eksperymentu, rodzaju uczucia i emocji oraz jego intensywności. Skonstruował więc emocjonometr. Jak już stworzył emocjonomert to był prawie w domu. Pomijam zabawne historyjki z jego życia kiedy wiekszość jego znajomych przychodziła do niego żeby zbadać sobie poziom energi i uczuć. To znaczy jakie mają kolor i ładunek. Kolor mówił o silnych emocjach. Na przykład ciemna intensywna czerwień pokazywała gniew tkwiący w człowieku jako emocję dominującą. Pomarańcz oznaczał przyjażń, a lekka czerwień lub róż, miłość. Odwiedzały go też dziewczyny z sąsiedztwa żeby dowiedzieć się czy są zakochane, i czasami ciągnęły też ze sobą swoich chłopaków. Drzwi wejściowe od jego domu nie zamykały się wtedy.


Innego dnia stworzył autotłumacza języków. Nie mógł się dogadać z Hansem ani z Mahhomedem i to go tak zezłościło że po rozmowie natychmiast zabrał się do roboty. Jak powiedział pewien polski żyd - mam dwie ojczyzny w jednej tej polskiej jestem żydem a w tej drugiej żydowskiej gojem - Hobo miał czasami podobne odczucia. Jego dziadek był w połowie włochem a w połowie podobno brytyjczykiem. Jakby tego było mało to jego ojciec [ chodzi o ojca dziadka czyli jego pradziadka] zanim osiedlił się w Polsce mieszkał przez pewien czas w USA i budował Nowy Jork i Amerykę. Budował dosłownie. Bo jako inżynier i konstruktor stawiał te ogromne manhatańskie wieżowce. To jeszcze nie koniec bo przodkowie matki Hobo wywodzili sie z kresów i mieli na sto procent jakąś domieszkę białoruskiej i litewskiej krwi. O każdej z ojczyzn wypowiadał się z pewnym dystansem. W Polsce czekał go brak perspektyw i bezrobocie. W Anglii liczyły sie tylko umiejętności zawodowe. Jeżeli nie miałeś kasy nie byłeś w ogóle człowiekiem tylko pracownikiem. Znałeś świetnie język, i miałeś jakieś uprawnienia, na przykład na wózek widłowy lub potrafiłeś prowadzić traktor to było już coś. On jeździł kiedyś traktorem, jednak po niezliczonej wprost ilości wypadków przestał prowadzić pojazdy mechaniczne. To było coś w rodzaju zegarka na rękę. To czyli tłumacz języków. Nie muszę chyba dodawać że swojego wynalazku nie potrafił sprzedać i poza nim nikt nie wiedział o autotłumaczu. A Hobo dyskretnie patrzył na napisy wyświetlające się na jego zegarku i rozumiał o czym rozmawiają ludzie w obcych językach. Chociaż tyle że mu się do czegoś przydał.

Pomiędzy skonstruowaniem emocjonometru [ czyli po prostu sugestonomu ] a zbudowaniem maszyny umysłu miało miejsce dziwne zdarzenie w życiu Hobo. Otóz Hobo położył sie na chwilę żeby odswieżyć swój umysł, jak to on nazywa. Zawsze kiedy był zbyt poruszony lub znużony, albo ospały czy zdenerwowany odswieżał swój umysł - starając się go wyzerować - jak to on mówił. Leżąc zasnął, a właściwie znalazł się w stanie pomiędzy snem i jawą. I wtedy pojawiła się ta dziwna myśl! Że, że...jesteśmy hodowani. O takiej możliwości myślał już nie raz, czytał też także o tym parę razy w internecie. No bo biorąc rzecz na logikę, to dlaczego mamy być na końcu drzewa ewolucji? Może tak samo jesteśmy hodowani jak my hodujemy świnki i inne zwierzęta. I uprawiani tak jak my uprawiamy rośliny w ogrodach i sadach? W tym momencie pojawił mu się w umyśle fragment starego prapolskiego mitu o ŚwietoWicie który zasadził pierwszych ludzi na grządce. W micie ŚwiętoWit miał dobre intencje wobec ludzi. Ale jak jest naprawdę? Może ci którzy nas uprawiają potrzebują do czegoś naszej duszy tak jak my potrzebujemy mięsa zwierząt, jajek, jabłek i krowiego mleka. Więc żywią się naszymi duszami? A Budda wynalazł sposób na uniknięcie bycia zjedzonym, czyli krótko mówiąc wyzwolenie z koliska samsary. Wejścia w inny przestrzenny wymiar i inny poziom egzystencji, w którym ci którzy nas uprawiają nie mają przystępu do naszych dusz i nie mogą ich zjeść. No tak teraz już wiem dlaczego uczniowie Buddy nie chcieli mówić o Bogu. Bóg stworzyciel świata jak go nazywamy to jedno, a jacyś pośrednicy którzy stworzyli ludzi lub bezczelnie wryli się w dzieło stworzenia to dwa. Nazywani przecież w wielu kulturach bogami. Pełno jest takich opisów w starych mitologiach. To wydarzenie jeszcze wzmogło chęc wymyślenia maszyny przez Hobo. Hobo ślęczał nad nią całymi dniami. I co może nie jest bez znaczenia chciał pokazać światu kim jest i na co go stać. Bowiem jego dawni koledzy i w większości [kiedyś] uczniowie podśmiewali sie z niego unikając go, gdy zauważyli go idącego ulicą. Jego dawne dziewczyny nie chciały z nim rozmawiać. Chociaż rozmawiały i dzwoniły do większości jego byłych znajomych. Ludzie z sąsiedztwa uważali go za dziwaka i odszczepieńca. Niestarannie ubrany, ze swoją nieco dziwaczną fryzurą naukowca i włosami w wiecznym nieładzie. Interesujacy sie tym czego większość ludzi nie obchodzi, bo interesuje ich jak bez wysiłku zdobyć więcej pieniędzy lub rzeczy no i oczywiście jeszcze coś wypić. Oraz jak bezstresowo spędzić czas. Nie robiąc w życiu nic. Hobo nie przejmował się tym wcale. Oni też go nie interesowali. Gorzej by było, gdyby czegoś od niego chcieli zawracając mu głowę bzdurami, lub zabierając mu tak cenny przecież czas. I marnotrawić jego energię! Do domu po klatce schodowej wchodził więc szybko, a wychodził energicznym krokiem człowieka zajętego. Tak samo szybko chodził po ulicach miasta. Dobrze do rzeczy. Sen znowu okazał się inspiratorem jego poczynań dziennych. I wynalazł maszynę myśli. Wtedy też zauważył że zwalczanie Pierwszego nie ma sensu dopóki ludzie to kupują. Za plecami Pierwszego czekali już w kolejce inni. Tacy sami jak on albo jeszcze gorsi.
---------------------------------------------------
autor przeprasza ze niewiele pisze o samej "Maszynie", jednak być może wróci do maszyny w kolejnych opowiadaniach.

środa, 4 sierpnia 2010

transhumanizm



W tekscie tym w paru zdaniach wykładam swój ogląd na temat tr-h wolnościowego opowiadanie co prawda to nie jest, ale raczej rodzaj blogowego wpisu lub góra mały esej lecz do przeczytania zapraszam podaje link do wpisu http://zbyzoskosmiczny.blogspot.com/2010/08/transhumanizm-wolnosciowy.html
Przeczytaj też wpis "naukowy buddyzm" dosyć związany z tematem http://zbyzoskosmiczny.blogspot.com/2010/08/naukowy-buddyzm.html

środa, 28 lipca 2010

Komputerowa dusza

Komputerowa dusza

albo świadomośc zamieszkująca czasoprzestrzeń
-według Clarka

[czyli duch w maszynie, ale nie De la Metra]



Arysto chodził po pokoju i rozmyślał, rozmowa ze Żbikiem nie dawała mu spokoju.
Sam pomysł na jaki wpadł wydawał mu się ciekawy, ale czegoś jeszcze w nim brakowało. -Może napiszę opowiadanie fantastyczne, bo na teorię naukową to za mało- myślał. Niby już się zrobił wieczór, i minęło kilka godzin od ich rozmowy i Żbik dawno temu wyszedł z jego domu, a klimat i atmosfera pozostały, w postaci śladów jakie po sobie zostawił. -Już wiem- rozmyślał -napiszę tak: W czarnych dziurach niby w głębokich studniach jakby ukrytych przed światem, na samym dnie wszechświata, mieszczą się światy alternatywne i są niedostępne dla nas. Przynajmniej dopóki żyjemy. Ale, ... pewnego razu wybrała się ekspedycja złożona z kilku statków kosmicznych aby zbadać wnętrze jednej z nich. Oczywiście większość już znikła na samym początku wyprawy, krążąc dookoła czarnej dziury, a inne zostały wciągnięte w jej bezmiar, i zamieniły się w długaśną gumę do żucia, rozciągniętą do granic możliwości.
Ale jednemu z nich, ... udało się jakimś cudem dolecieć na samo dno czarnej dziury i nawet wylądować. Dzięki temu, mogli dowiedzieć się, co się dzieje wewnątrz nich. Otóż nie działo sie tam nic szczególnego. Czarne dziury były jedynie kosmicznymi studniami w których mieściły się inne światy i wymiary świadomości. Jedne z nich zawierały w sobie kosmiczne piekła, tam właśnie gdzie wylądowali. Od istot żyjących w czarnej dziurze będącej w istocie piekłem, dowiedzieli się że są inne miejsca i wymiary świadomości we wszechświecie. A jeden z przebywających na dnie studni człowiek gdzie pokutował za swoje winy, opowiedział im historię o pewnej niezwykłej i tajemniczej planecie. Inne studnie pełniły funkcję tak zwanych “studni pamięci” , gdzie była zmagazynowana pamięć komórkowa i atomowa określonych wycinków wszechświata. Jeszcze inne były studniami czasu, a dokładniej korytarzami czasu, albo wylęgarniami, nowych form życia.
Oto ona, to znaczy historia o tajemniczej i niezwykłej planecie opowidziana przez człowieka o imieniu Czarli, a podaje ją w wielkim skrócie.

Krótka opowieść Czarliego
Odłożyłem swoje księgi i pisma na półkę, a przynajmniej te które ocalały, bo przez parę tysięcy lat, musicie mnie zrozumieć , czy chcecie tego czy nie, trochę można zapomnieć. Z największym żalem odłożyłem PROBLEMATA PCHYSICA Arystotelesa, moją ulubioną pracę, głaszcząc delikatnie jej brzegi oprawione w dobry gatunek skóry.
Więc było tak:
Pewna forma życia, na jednej z planet rozwinęła się tak bardzo, że nie potrzebowała już materialnych form do istnienia. Rozwinęła się zarówno w sensie technologii jak i rozwoju duchowego. Krokiem milowym było dla nich odkrycie maszyny czasu. Dzięki maszynie czasu cofnęli się w przeszłość i wysłali ekspedycję na Ziemię w poszukiwaniu archaicznych form życia. Tam a dla nas tu, odkryli w jednej z bibliotek prace Artura Clarka dotyczące świadomości zamieszkującej czasoprzestrzeń. I wtedy jeden z uczestników wyprawy o imieniu Mieszko, krzyknął głośno:
-eureka!, dowódco Bojsławie! musze wam powiedzieć, że właśnie odkryłem lekarstwo na chorobę gnębiącą naszą cywilizację, i chyba nawet przetrwamy-
- Dałby Bóg Całego Kosmosu, -odpowiedział mu kapitan Bojsław.

O co chodziło? I jaki problem nie pozwalał istnieć i rozwijać się cywilizacji na tamtej planecie? Z pozoru śmieszny i głupi, a naprawdę niezwykle poważny. Otóż pewien gatunek pleśni rozprzestrzenił się tak bardzo, że zagrażał w swojej ekspansji wszystkim formom żywym na planecie, opartym na białku..
Rada planetarian jaka zebrała się w stolicy największego państwa planety, postanowiła że ich cywilizacja przeniesie się na inny wyższy poziom bytu. Na początku używając do tego maszyn, a potem kiedy osiągnie bardziej wysublimowaną formę istnienia zacznie działać i żyć jako czysty byt nie potrzebujący do swojego istnienia materii. Powszechne głosowanie wszystkich wolnych mieszkańców planety poprzez planetnet zaakceptowało ten pomysł. A zarówno libertarie planety, jej zależności, i podległości, jak i państwa, oraz wolne księstwa, których było jeszcze kilka, poparły pomysł.

Ach, śmieszne to były czasy , oni nie wiedzieli, że przedstawiciele wszystkich religii na Ziemi, i to od tysięcy lat, a może i na innych planetach robili to od dawna. Robili to chrześcijanie chcący uwolnić się od materii i przejść na wyższą formę istnienia. Robili to buddyści w jaskiniach Tybetu, i wyznawcy odwiecznej religii Bon, zwanej starym buddyzmem wywodzącej się z miasta Buddy Krakocziego czyli z Krakowa. Robili to także i europejscy prasłowiańscy poganie.


Śmieszne, ludy nazywane prymitywnymi, wierzyły w istnienie, a może nawet widziały nie posiadające formy bóstwa. Widziały albo przynajmniej "czuły" Pana Świetego Prawa Świętowita, potężnego Swarożyca i Trygława, albo Dewalele, Dewanne, i Żywię .
Bardziej “rozwinięte” wierzyły w istnienie tak zwanych „bytów” Wisznu i Sziwy, a współczesna nauka po tylu latach, w tym i poświęconych na wyśmiewanie się z dawnych zabobonów, przyjmuje możliwość ich istnienia, nazywając ich "świadomościami" żyjącymi w czasoprzestrzeni. .
Zaczęli wprowadzać ducha do maszyny. Duch w maszynie to zjawisko niebezpieczne, bo może
uczynić spore spustoszenia w świadomości ludzkiej. To znaczy rozwijając poziom życia technicznego, cywilizacja może zapomnieć całkiem o duchowości, o sztuce, filozofii, i religii. Na szczęście dość szybko spotkali się z takimi cywilizacjami i zobaczyli że nie tędy droga. Owszem najpierw pragnęli wprowadzić ducha do maszyny,

”tchnąć ducha w maszynę”

jak to nazywal.. To znaczy wprowadzić świadomość do maszyn informatycznych i komputerów. Potem były próby przeniesienia w jakiś sposób świadomości ciężko chorego człowieka do komputerowej maszyny. Oczywiście nie od razu, bo najpierw taki człowiek który zgodził się na eksperyment był całkiem poobkładany elektronicznym żelastwem i podłączonym do czego tylko się dało. W pewnej chwili okazało się że żelastwa i plastików jest już więcej niż biologii, i materii organicznej ludzkiego białka. Przybywało plastików i żelaza, a dzięki najgroźniejszym przestępcom jakim za udział w eksperymentach darowano karę śmierci, [a musicie wiedzieć że jedynym miejscem w galaktyce gdzie kara śmierci została zniesiona jest Ziemia, z czego śmieją się i z jej prawa galaktyczni sąsiedzi]

Spotykali też i innych, którzy na przykład eksperymentowali ze związkami krzemu i węgla, albo z wirusami komputerowymi. budując na ich bazie sztuczną inteligencje wirusy miały się stać podstawą KOMPUTEROWEJ DUSZY
Pojawiały się i przeszkody, natrafili bowiem na niezwykle agresywną grupę planet tropiących inne formy życia wyznawców zasady darwinizmu społecznego jak to oni sami siebie nazywali. Zajadle ci galaktyczni rasiści* uznający jedynie białkową formę życia zwalczali krzemowęglanowców, i krzemowców, oraz maszynoidy, czyli świadomości mieszkające w maszynach
zarówno z rodziny transcendentnych jak i ruchomych.

Potem dzięki swoim skanerom wpadli na ślad czasoprzestrzennych bytów. Skanery które ich tropiciele posiadali w oku wykrywały także i te formy bytu. Do tego stopnia byli uciążliwi że świadome istności musiały niejako umierać i odradzać się w innych formach zwykle materialnych ciałach jako wojownicy i tą drogą okrężną walczyć z galaktycznymi rasistami. Wojna trwała trzysta gwiezdnych lat.
Następnie prowadzili wojny z tak zwanymi bytami zamieszkującymi czasoprzestrzeń ale do przetrwania i przeżycia potrzebującymi energii psychicznej innych istot. Wiadomo nie od dziś że ułomni i z psychiczną skazą, czerpią siłę i moc z zastraszania słabszych lub bardziej wrażliwych od siebie istot.
Kontrolowanie innych i zniewalania ich dusz daje im moc, czyli są demonami. Ale w przypadku tych istot było inaczej, one żeby przetrwać musiały, po prostu naprawdę musiały żeby istnieć pobierać energię psychiczna innych. Do tego celu stworzyli w naszej drodze mlecznej kilkaset farm hodowlanych”. Czyli skolonizowali psychicznie ich mieszkańców tak że oni nawet o tym nie wiedzieli. Jednak okazało się że aby żyć potrzebują coraz więcej energii, i zabrali się za próby skolonizowania i podporządkowania sobie, inne wyższe formy życia, w tym i te z czasoprzestrzeni.

--------------------------------------
*nazywani też naukowymi rasistami, albo darwinistami społecznymi. Znani byli między innymi z tego ze wprowadzili wyższość zasady użyteczności i publicznego dobra a także "demokracji" nad jednostką, rodzina i mniejszą społecznością ludzką. Dzięki temu mogli prawnie usankcjonować eugenikę i eutanazję, zabijając już ludzkie płody w łonie matki. Wprowadzili też nową naukowa religią będąca w istocie zbiorem pseudonaukowych bredni skostniałych i śmiesznych poglądów, podważanie tych dogmatów było zakazane, i dzięki temu miedzy innymi przegrali
ponieważ zahamowali postęp techniczny i rozwój nowych technologii w dziedzinie zbrojeń. Bo wykazanie błędów w ich sposobie myślenia okazało się niestety niezwykle trudne

Umysł Boga -część druga





Technokraci i ekolodzy -czyli między Unabomberem a wolnościowym transhumanizmem.

Ostatnio uświadomiłem sobie że istnieje wyraźny podział na tak zwanych technokratów i ekologów. Jego obecność wyczuwałem podskórnie, od lat Pierwszych czyli "technokratów" można by też nazwać racjonalistami, wierzącymi że rozwój techniki, nowoczesnych technologi doprowadzi ludzkość do raju na ziemi, a technika rozwiąże wszystkie problemy człowieka. Likwidując choroby, głód, biedę, ból i cerpienie. Czyli wierzącymi w naukę i technologię. Tak prywatnie wydaję mi się że wielu z nich wyznaje skrycie lub jawnie ateizm, a na miejsce obalonego Boga stawia nowoczesną technikę i naukę. Duży wpływ na ateistyczne myślenie,a może antyteistyczne z kultem nauki wywarła rosyjska emigrantka Ayn Rand. W Ameryce bardzo popularna, u nas trochę mniej znana. Jednak teorie człowieka maszyny, i homo biologicus pojawiały się już w dziewiętnastym wieku jako kontynuacja tradycji oświecenia. Ciekawe że wielu z tych którzy obalało Boga i religię wierzyło, tak właśnie wierzyło że bez Boga i religii ludzkość stanie się bardziej wolna. Jak jednak ludziom którzy maja do dyspozycji jedynie to życie może być łatwiej. Przecież mogą je w każdej chwili utracić, więc chyba lepiej nie ryzykować. Bo poza nim, według ich nie ma przecież nic, jedynie czarna ściana i martwa pustka. Nicość a wszystko wraz ze śmiercią zanika. Z punktu widzenia wolności jednostki wiara w Boga i nieśmiertelną duszę czy to wędrującą po kolisku samsary kolejnych wcieleń, czy po tak zwanej zwanej śmierci idącej do Boga jest bez wątpienia bardziej korzystna dla człowieka bo daje mu więcej wolności i przestrzeni, a także więcej wewnętrznego luzu. Chodziłem sobie po kuchni i tak rozmyślałem obierając ziemniaki, gotując zupę, lub zamiatając podłogę. Ciekawe co by powiedział na temat profesor, pomyślałem. Okazja nadarzyła się wkrótce, bo pod pretekstem oddania mu jakiejś książki postanowiłem do niego zajrzeć, przechodząc pewnego dnia obok. Profesor podrapał się po głowie, pogłaskał kręcącego się po kuchni wnuczka i pracowicie budującego z klocków jakieś tajemnicze konstrukcję. I zaczął mówić

- Widzisz, "ekolodzy" których dla odmiany także można by nazwać "romantykami" wolą zawierzyć bardziej swojej intuicji i dążyć do stanu równowagi i harmoni, co im bardziej odpowiada od wiary w nieskrępowany, nie konczący się nigdy rozwój. Wsłuchując się w siebie i świat natury jaki ich jeszcze otacza. Ekolodzy, ekologiści bo tak ich wolę nazywać nie są wcale, przynajmniej nie wszyscy, przeciwnikami techniki i technologii. Wręcz przeciwnie, w sztuce często używają komputerów i syntezatorów do oddania dźwięków natury, odgłosów drzew, burzy i wiatru. Nie ma znaczenia tu czy są zwolennikami wolnego rynku, demokracji pośredniej przedstawicielskiej lub bezpośrednio uczestniczącej, albo wysokich, zerowych, czy też niskich podatków. Pełnej wolności, a więc wolności słowa, wolnych umów, wolnej wymiany towarów i usług, i wolności obyczaju. Choć ja jak wiesz jestem za wolnością - Profesor jakby skończył, a ja powiedziałem mu co sądzę na ten temat - Przyznam że wobec wizji nieskrępowanego rozwoju nauki - zacząłem - i techniki na służbie coraz bardziej zdeprawowanych polityków, i wpływania poprzez wytwory tej techniki na rządzonych, jestem coraz bardziej sceptyczny. Bo co kilka dni czytam w internecie artykuły o eksperymentach policji, służb specjalnych, i wielkich koncernów chemicznych na niczego nie świadomych ludziach. Zobacz,

ludzie z CIA dodawali do chleba lsd na jakiejś francuskiej wyspie. Po drugiej wojnie władze jednego z państw wpuściły do metra jakieś wirusy, bodajże wąglika aby sprawdzić skutki ewentualnego ataku. Niczego nie świadome sefardyjskie dzieci były poddawane promieniowaniu rentgenowskiemu tysiące razy przekraczającemu dopuszczalne normy przed rządową mafię i współpracujących z nia "lekarzy"-zbrodniarzy. Od dziesiątego stycznia wszystkie rozmowy prowadzone przez telkomy sa monitorowe, załatwił nam to krajowy rząd... itd, wymieniać można by tak godzinami. Tak się bowiem dziwnie składa że znakomita większość tych nowinek jest wykorzystywana przeciw wolnej jeszcze ludzkości, pozostając w rękach nielicznych rządzących światem, i ich pomocników, czyli polityków.

Czy więc technologia jest zła? Zapytałem profesora. Profesor tymczasem powoli wyciągnął z pudełka papierosa, zapalił go pomyślał przez chwile, znów zrobił kilka kroków. I zaczął - Nie, nie koniecznie. Pod warunkiem jednak że będzie we właściwy i rozsądny sposób wykorzystana. To znaczy zracjonalizowana, poprzez środki i cele. Dopóki rządy skorumpowanych państw będą używały cudzych, dokładniej zabranych wcześniej podatnikom pieniędzy, i przeznaczały je walki ze społeczeństwem które to za nich przecież i za ich zabawy płaci, dotąd nauka będzie wykorzystywana przez nich i służyła im. Z wielkim rozbawieniem przypominam sobie filmy z agentem 07, w których szlachetny pracownik wywiadu walczy z szaleńcami, dążącymi do przejęcia władzy nad światem. Było zupełnie odwrotnie, to nie szaleni indywidualiści dążyli do zniszczenie świata i lub przejęcia nad nim władzy, to rząd właśnie wtedy wpuszczał do metra jakieś szkodliwe wirusy eksperymentując na niczego nie świadomych wracających z pracy do domu ludziach. Mają cudze pieniądze za które mogą się zabawiać, mają swoich ochroniarzy nazywanych szumnie i dla niepoznak policją i sądami, mają swoich Artystów i nadwornych błaznów, nazywanych wolnymi mediami. Czytaj ideologów i naganiaczy. Służby specjalne pilnie strzegą tajemnic o nowych wynalazkach kierowanych przeciw ludziom. Ukrywają też przed nami wszystkie wynalazki przydatne ludzkości a kolidujące z interesami współpracujących z rządami wielkich korporacji. Więc badania naukowe tak, ale za własne pieniądze. Wolnościowy transhumanizm z całkowicie wolną wymianą umów, towarów jak i usług. I oczywiście tak zwaną demokracją bezpośrednią, nie jest rzeczą złą - czytaj dalej tu